|
OKNO
część pierwsza publikowana w
„Toposie" i w
„sZAFIe".
Przed
chałupą Julii Huczek.
Siedzę
tu, pod gontem już cały lipiec. Pada w Szczyrku i pada. Będzie tak
lało do końca wakacji? Boli siedzenie od siedzenia. Czuję tyłek
najwyraźniej. Brzuch też boli, pusty bardzo. Hałas w kiszkach, chcenie
kwasów. Głowa jednak nie pozwala wchodzić nogom do chałupy. Opór w
mózgu. Stożek w kuli piknął znowu chłopca czoło. Dzień za dniem tak
przesiaduję w drzwiach Huczkowej z ołówkami i kredkami. Rosną góry na
papierze. Za to w nocy tylko słucham – rozpluskania, rozbębnienia –
ziemi z wodą. Przetwarzam dźwięki na kolory. Widzę barwną prędkość.
Coraz wolniej kapie z dachu. Coraz ciemniej w kroplach. Koc otula
srebrnym dreszczem, wilgoć wełny, lecz zasypiam obolały od siedzenia,
niechodzenia. Jestem wysoko nad chałupą w białym księżycu, za. Cicho
tutaj, nic nie pluska. Tylko w kiszkach chłopca kruczy.
W
chałupie matka z Eisenem. Nie chcę z nimi mieszkać. Narysowałem już
izbę z parą kochanków. Olbrzymie łóżko, rzezane w słońca, półsłońca,
wysunięte na środek, daleko od ścian „aby jakaś mysz nie skoczyła zza
obrazu na jaśnie panią”. Przez niepogodę plaga gryzoni. Zbiegło się
prędkie do chałup opalanych mierzwą. Smród gorący dla letników. Obok
łoża pięć par walonek. W każdym bucie trzy butelki „Starowinu”,
polewane zimną wodą.
Gorsza
przyjeżdża co czwartek. Przywozi z miasta „Starowin” i coś do.
Wypatrują służącą od niedzieli. „No, i nie ma Gorszej. Bukuje z
listonoszem.” „Znalazł listowy pochwę w tłuszczach.” „Przyjechałaś w
końcu służyć. Zostawiłaś Pocztę Polską? To posprzątaj państwu w
izbie”. Gorsza zaczyna od myszy. Leżą w myszołapkach z rozgniecionymi
nosami. Po wyniesieniu polnych w pole zwija obrus z resztkami
jedzenia, ze zgliwiałym i z zjełczałym. Lecz najgorsze przed służącą –
zmywanie okien po wymiotach. Nie ma Huczkowa basenu dla dyrektorowej.
Rzygają kochankowie przez okno, okienko, w ulewę, albo w gazety Julii,
w „Czerwony sztandar”, w „Kurs szycia”. Co napaskudzą od piątku, czeka
na Gorszą. Oprócz myszy pełno much, krowich, końskich. Wszędzie
czerwonawobrązowe oczy. Druga plaga przez szarugę. Do izb przylegają
sławojki: Huczkowej i dla letników. Idą do nas duże muchy. Ciężkie od
gówna. (Prosto z UBe). Od powały muchołapki. Rządek długich lepców.
Faluje nad łożem z leżącą Jaśnie. Bzyka czarno, bzz. Ileś ciem też
ulepionych.
Lepiej
już siedzieć na mokrym progu patrząc na Beskid Śląski, część Beskidu
Zachodniego. Zielony w zielonym. Przede mną bujna łąka. Julii i jej
krowy Julisii. Biega po trawie z moją piłką Antek Łaciak. Godzinami.
Nie boi się dyngusu.
Za łąką
szosa. Człapią po niej letnicy w wiejskich gumiakach. Od monopolowego
do monopolowego, ciap, ciap pod parasolami, leżakami, „przejść się
troszku w niepogodzie, zmusić słońce do spaceru”.
Dalej
Żylica, ostra rzeka, teraz żółtoczarna od spływających do niej
potoków. Rwą z góry, między świerkami, jodłami z leśną podściółką
„brudem lasu”. Podniosła się rzeka, pędzi coraz gwałtowniej, toczy
kamienie i huk, prawie sięga szosy. Porwała wczoraj letnikowi
motocykl. Wyciągnęły góralki traktorem z remizy.. Nalazło się też
górali nad żółtoczarną. W kapeluszach i z „bimbruskiem”. Pomagać! Baca
z bacą bardzo dzielny, ale w gębie. Zbyt pijani do Żylicy. Pięć
motorynek w nurcie ostrym. I znów baby wyciągnęły złom z Żylicy. Za
chłopów, „przyda się im do fajek, do pykaia o dzielnych bacach”.
– O
nierobach – roześmiałem się głośno pod gontem Julii. – Ci górale bez
swoich kobiet nie za orzą góry żadnej, nie wyniosą konia z pługiem na
Gronicek, na Bieniatkę. Za gorąco w spodniach z wełny, lenia skórą
wyszywanych. Dać takiego do kopalni, nie przeżyje dniówki ciemnej.
Słaby bardzo przy Ślązaku. O jak słaby przy górnikach – chichotałem
pod chałupą.
– Ale
jeden będzie silny – rzucił się Chrystus na krzyzu. Rzeźba wielkości
człowieka. Siedzi, wisi przy domostwie. Teraz wściekły na mój chichot.
Często z sobą gadamy, milcząc, krzycząc o wszechświecie. Kwadrans
wieczorem, w nocy dłużej. Myśli moje z Jego drzewa. Dzięki Niemu też
rozmawiam z Bogiem Ojcem. Tłumaczy Syn z boskiego na ludzki.
– Silny
góral, duchem, ciałem. Święty będzie od tej siły. Polski papież. Z
Wielickiego. Góral nad górami.
Za
Żylicą odsłonięta biała skała. Drążą białość kamieniarze. Iskry w
deszczu. Skrzenie w strugach. Wybierają światło z głazów? Rysuję ich
godzinami. W środku kartek gwasz świecący, biel drapana delikatnie.
„Kamieniołom z czapą drzew.” Biały, bielszy, aż niebiesko. Z
ciemnozielonymi jodłami. Teatr skalny na tekturach. Cienie grają
fantastycznie, anioł, diabeł, ojciec, matka, (Szymon), Eisen.
Na prawo
od Julii chałupy, od Chrystusa – gospodarstwo Pińcikiewiczów. Mają
byka bogacze. Czarny, groźny pokrył wczoraj białą kozę. Nie przeżyła
spółki. Zamiast meczeć zamuczała. Nie wiedzieli Pińcikiewicze „co
zrobić z taką kozą?” Zjeść 22 lipca, czy też obdarować probostwo.
Pokłócona cała rodzina. Stary Pińcikiewicz pobił Pińcikiewiczkę, a
młody Pińcik starego.
Za
skłóconymi chałupa Łaciaków, chałupina. Padół bez pola. Ale Łaciaczki
zdrowe, kopią moją piłkę. Biegają w nawałnicy. Antek przeskoczył
starego Pińcikiewicza. Wzniósł się wysoko do piłki jak ptak. Dalej, to
już droga na Skrzyczne.
A na
lewo ogródek Huczkowej z głęboką studnią i z budą dla Honkisa,
narzeczonego Julii. Czuwa chłop w budzie. Jak siwy pies. Pilnuje
narzeczoną przed Pińcikiewiczem. Starym i młodym. Julia wdowa, hektar
cały, prawie kułak. A on nic nie ma. Przyszedł do Szczyrku po wojnie.
Nie wiadomo skąd. Zakopał pod warzywami krzyże i ordery.
Gdyby
tak przesunąć Julii domostwo, do tyłu, o kilka kroków, to widziałbym
jeszcze Klimczok, najpiękniejszą tutaj górę, trochę niższą od
Skrzyczanego, ale z cudem Matki Boskiej, Objawieniem. Ze wznoszoną na
stoku kaplicą. Jasność w ciemnej zieleni.
Mimo
kropel wszystko ostre. Higienista na koniec roku zapisał mi okulary
„pomyliłeś Półtoraczyka z panem wizytatorem”. Kiepskie oprawki
uwierają, za uszami odgnioty, ale widzę świat dokładnie. Każdy
drobiazg narysuję: „Kamień mokry w mokrych liściach.” Zatrzymam ten
blask. „Pręcia płotu z dłonią Antka.” Witaj miastowy w okularach.
„Całowaną przez zaskrońca żabę.” Zamarła śmieszka na fiolet. I
namaluję wymyślone: „Stos z kropli przed progiem.” „Górę rzuconą na
górę.” „Okrzyk skały.” Prawdę dla przyszłych poetów.
–
Najpierw narysuj Huczkową – odezwał się Chrystus. – Zacznij od
zmarszczek koło oczu i ust. Od mapy. Niech wrasta w głąb obrazu, solą
z powiek i cukrem z warg. Potem szkicuj całą postać. Stare ciałoz
zapadniętą od wiader miednicą, z postrzępionymi od łańcucha żebrami.
Potrzebuje życzliwego świadka. Przyjrzyj się też sukniom Huczkowej.
Idąc do kościoła zawsze zakłada pięć. Wszystkie paradne w zdobienach,
uplotkach. Dziergała je każdą zimę odmawiając zdrowaśki. I niech ci
rychło pokaże swoją izdebkę „nie dla letników”. Tam beskidnicy ze
świętymi. Dobra z niej kobieta. Chce zapisać wszystko na kościół.
Niestety, umrze przez ten zapis. W sierpniu.
– Jak
będę tutaj!? Przed chałupą? – wystraszyłem się bladej fantazji „trup
blisko”.
–
Chałupa też umrze. I krowa. I studnia – mówił Chrystus patrząc na
góry. Przebierał różaniece zielonych kropel. – Malując gospodarstwo
zajrzyj przede wszystkim do studni. W chłód, spokój zupełnie ci
nieznany. Poczuj go w mózgu. A potem mózg i studnię wywróć na nice,
obróć głębokość. Będzie gorąca głębia. Zamiast omszałych kręgów
cynobrowe koła z paprocią płomieni. A zresztą zmień cały świat –
zdenerwował się bardzo. Na kogo? Na Kogo? Żegnał się zawstydzony
ramionami krzyża. W krzyżach z drewna krzyże z krwi. Czerń i błękit.
– A ja?
Też umrę? – zapytałem w deszcz.
– W
czasie śmierci Huczkowej, zagłady domostwa, będziesz w sklepie
monopolowym z Eisenem i z matką. Wezmą cię do dźwigania butelek „Wypalanki”.
Gorsza nie dojedzie ze „Starowinem”. Utknie w Bystrej nad Białką.
Zerwą wody jeden most, drugi most – przestał przebierać palcami.
Słońce.
Uderzyło
raptem. Żółta kula, biała kula. W czole, w oczach blask. Potęga
światła. Pod powiekami fioletowy rój. Mrowisko purpury. Ustał pluskot
deszczu, to stałe pluszczenie. Cisza, a potem ptaki. Śpiew
mysikrólika, tak wysoko. Kukanie kukułki.
–
Rachuj! – zawołała do kogoś Pińcikiewiczowa.
Nie
lubię wróżb. Śmieszą mnie osoby przesądne. Najwięcej dyrektor Matusik,
ateista, plujący w sralabartek. Otworzyłem lewe oko, zamknąłem,
otworzyłem prawe. Zewsząd buchało kolorami. Po chwili chaos barw
uformował się w treść. Julia prowadziła Julisię z obory. Krówsko
latowało, tylne nogi podrzucały zad. Brunatne porykiwanie stawało się
czerwone. Chlastał czerwony ogon po czerwonych bokach. Krowa Huczkowej
zrywała się do byka Pińcikiewiczów. Popęd po sąsiedzku. Nagle, zamiast
zadu poderwała łeb i podrzuciła gospodynię wysoko. W chmury. Upadło „o
Jezu” w warzywa. W czosnek z cebulą. Podniosło się ciężko „o Jezu, o
Jezu”, z „Jezu, Jezu, Jezu”, z obu kwiatostanów, białego i różowego,
zgniecionych na fiolet.
– Żyję?
– zapytała Julia grządkę. – Wstałam z ziemi i pójdę do nieba –
usiłowała mówić z sensem.
Zagrzechotał łańcuch, zaklekotała korba od studni. Zjechało wiadro w
zieloną ciemność, w czerń i wyjechało pełne z zimnicy. Oblewała Julia
Julisię. Z rogatego krówska – spuszczony ogon. Można za nim stanąć, po
mleko.
– A ty
Honkis, gdzie tak lecisz wzdłuż płotu? Dyr-dyr po godzinie – polała
Huczkowa narzeczonego. – Uspokoiłam krowę bez twojej pomocy. Letnik mi
pomógł z wiadrami. Podał jedno rozlewając połowę – śmiała się za
głośno. Z powiek kurze łapy.
Ściągam
mokrą skarpetę. Stopa z lodu. Utopiono w studni grudzień. Można paluch
kłuć ołówkiem. Nie poczuje B5.
– Daj,
pochucham – stanęła za mną (Lepsza). Drygnął chłopak w
dziecku.Zawirował bez stóp po górach zielonych.
–
Przyjechałaś dzisiaj? – zapytałem nie wiedząc, co zrobić ze
skarpetami. Jedną wepchałem w kieszeń Honkisa, a drugą w daszek
studni, między zielonkawe.
–
Dzisiaj Jacusia imieniny – szturnęła Lepsza siostrę – wyjmij z torby
prezent. To od nas, najmodniejsze pepegi. Kupiliśmy ci po bucie. Ale
najpierw… – zaczęła chuchać w białą stopę.
Ciepło,
ciepło, coraz cieplej. Czuję już język w wysklepieniu. Łaskocze
delikatnie. Można umrzeć w chuchach Lepszej. Ale na białym karku, pod
warkoczem – czerwony ślad. Malina! Kto tu ssał? Wuj Szymon daleko,
zresztą nie wychodzi ze szpitala, (Wicek) też daleko, bliżej garbaty (Donajszczak).
Podobno garbaci bardzo namiętni. Czarna zazdrość o Lepszą. Nie moją.
Biały kark do ścięcia. Zrzucić sierpem głowę na stopy. Poturlać
Donajskiemu „masz garbusie malinę”.
–
Przemoczył letnik onucki – odezwała się Julia do krowy – i zaraz
całowany gorąco – patrzyła z niedowierzaniem na chuchanie Lepszej. –
Nasz Honkis, nie chucha tak gospodyni. Zupełnie nie chucha. Tylko raz
w roku wyciąga żenidło. W rocznicę powstania NSDAP. A tak, to siedzi
za budą czekając na Pińcikiewiczów. Mógłby i krowie troszku pochuchać.
Z jęzorem, jak ta pani. Pogzić się co nieco z moją Julisią. Aby nie
wariowała. Teraz tylko muczysz. Już nie pamiętasz jaka byłaś groźna,
nawet dla gospodyni. Jak rzuciłaś mnie w baldach! – bęcnęła Julia
przed furtką demonstrując spod kiecek pofałdowane krocze. – Boli teraz
wszystko, a ty czochrasz się o Chrystusa, taka niewinna, łagodna.
Patrz!, On udaje, że zasnął – złapała krowę za ogon. – Widać lubi moją
i swoją Julisię – dul-dul, wyduldała leżąc podpiwek.
– Tylko
waszą!? – pierdnął Honkis pod Skrzyczne.
– A
czyją!? – zdenerwowała chłopa do gnatów. – Zobacz, jak ładnie wygląda
z Chrystusem. Jego krowa i Julii! – odwróciła się na bok, od
Skrzycznego.
Złość
wygięła Honkisowi zęby i cybuch. Nasypało się żaru do oka. – Włóż pan
oko do studni – poradziłem przybłędzie. Złość ze złością sfalowała mu
ostrze kosy. No bo co? Nie było przecież halnego Nie podziękował za
poradę, tylko zarzucił Julisi łańcuch na szyję.
– Tobie
też tak – obiecał Julii.
Zerwała
się z trawy i kopnęła Honkisa w obiecanie. Opamiętał się narzeczony.
Wyprowadzili krowę przed płot „żryj tutaj”, „dość zalotów przy
Chrystusie” i usiedli w zielonym. Huczkowa powyjmowała spod trawy
butle z podpiwkiem, ciemny słód, a Honkis wyszarpał z portek flachę
samogonu. Pili blisko krowy. – Moja i Chrystusa! – Nie tylko! –
posuwali się na bałyku za chudym wymieniem. Aż zaryli w trawie
głowami. – Wszystko zapiszę na Kościół. – Honkisowi za… Hauptmannowi…
– bełkotali do racic.
Poleciał
Antek na wygon Pińcikiewiczów. Z piłką. Podbija skórę zielonymi
stopami i przeskakuje z moją nad bykiem. Niezadowolony coś stadnik.
Ciągnie na postronku pastwisko. A teraz gra Antoś przy szosie. Wali
piłą w przejeżdżających motocyklistów. Prosto w pędzące głowy. Zawsze
trafi w fryzurę. Znają szczyrkowscy talent Łaciaka, znają i
bielszczanie. Och, mają pojęcie w Buczkowicach i Salmopolu. Hamuje
każdy widząc utalentowanego z piłką u nogi „zaraz nam rypnie w fanfana”.
–
Przypierdol mi Antoś! – podstawia łeb kierownik tartaku. – Pierdolnij
prędziutko. Spieszę się z apteczką. Tartak ruszył i przerżnęło chłopa.
–
Strzelaj już Antek, bo pędzę do klubu. Ze „Starowinem”! Dla prezesów –
zatrzymał motocykl działacz sportowy. – Obejrzeli zdjęcie skoczni po
remoncie. Nowy próg i co pod progiem. Ostrość zbocza z fotografii żga
prezesów. – Boją się wstać Wszędzie poniemieckich berżer.. Wszędzie
przepaść. Pod parkietem, dywanami czyha dziura. Od przedwczoraj tak
gniazdują – zleciał działacz do rzeki, w górskie fale, ciemne, ostre,
z kamieniami, gałęziami. Omal nie utopił się ze skórzanym flakiem na
twarzy. Pękła dętka na działaczu, przywarła do gadania. Prąd zabrał
moją piłkę „Od Szkoły Nr 1 w Stalinogrodzie dla najlepszego ucznia”.
Ani razu nie kopnąłem białej. Stale padało. Lecz mam już obrazki nie
wyrzeźbionych Chrystusów, jeszcze w brzozie, pod korą, nie wyjętych
dłutem. Zanurzyłem pędzel w słojach, w duszę drzewa. W krew i sól. W
kości z pędu. Wszedł starannie w Jedynego włosiem, trzonkiem,
przedramieniem, ciałem całym.
–
Wiecie, kto tak… działaczowi? – zapytał Lepszą młodszy Pińcikiewicz
połykając „przydupił”. – Nasz Antek, z LKS-u. Antoni Łaciak! Ma
dopiero czternaście lat, a skacze na nartach jak stary. Kochamy go w
Beskidzie – wyjaśnił Lepszej wyrozumiałość motocyklistów.
– Nie
jestem dla was „wiecie”. Jestem pani Lepsza. Przyjechałam dzisiaj ze
służącą. Z Katowic! Zobaczyć Matki Boskie na Klimczoku – otworzyła
parasol. Zatkało w słońcu młodego.
Wyszedłem
przed furtkę, za płot, powoli, na bosaka, odwykły od chodzenia. W
podeszwach ostrość, obłość kamyków. Miłe odczuwanie ziemi. Parowała.
Lotne barwy unosiły pejzaż. Z chałup buro, z łąki granatowo, z
kamieniołomu subtelny róż. Między Klimczokiem a Skrzycznem tęcza w
tęczy. Uniosłem się i ja, niewysoko, parę stóp i wyrzuciłem ręce do
nieba. W wszechświat. Objąć go, całować. Chrystus też podniósł rękę z
gwoździem. Ku słońcu? Do Ojca? Para lelków usiadła nad Nim wzdłuż, a
nie w poprzek gałęzi. Dziwne ptaki. A może mnie powitał?
Z
chałupy wybiegł Eisengraeber. Oblepiony mucholepcami. – Wypraszam
sobie! Wypraszam! – wołał do dyrektorowej w chałupie. Zrywał lepy z
nagiego torsu, przyklejał. Plasnął dłonią gdzie zabrzęczało. W pierś z
muchami. Odlepił, przylepił. Otarł czoło lepidłem. Wystraszone kury
starabaniły się wokół koguta. Wyrwał się kurak ze ścisku i zatrzepotał
skrzydłami. Ruszył piejąc po nioskach na oblepionego. Zniknąli za
drewutnią. Tylko pięty Eisena zostały. Słychać wrzask i trzepot duży:
– Przestań pieju! Przestań zaraz kurysynie.
Co matka
powiedziała Eisenkowi? Czym mu tak dogryzła? Że wybiegł z chałupy bez
„Starowinu” i bez dwóch papierosów za uchem? Może sieknęła białymi
kłami: „Nie masz erekcji przez mżawkę? Zamókł ci pieprz w spodniach?
Od wczoraj opowiadasz tylko dowcipy. Te same. O Ethel Rosenberg.
Dowcipy, których nie rozumiesz. Nasyp pieprzu do kaleson i przestań
powtarzać o egzekucji.” A może kazała mu sprzątać w izbie? Pomagać
Gorszej? Narysuję domysły ołówkiem, a później powycinam i będę
układać, przekładać domniemania z przypuszczeniami, kłaść pasjanse „co
powiedziała?” – oparłem żółtawy karton o drzewo z lelkami i zacząłem
rysować Jaśnie z Eisenem: „Już tryknięty. Nie umył rąk po wyjściu z
UBe”, słyszę w myślach głos dyrektorowej. „Śmierdzą z daleka. Wyszoruj
zaraz prawe łapsko pumeksem. A szczoteczką wyczyść gębę z obu choler.
Jasnej i ciężkiej. Potem włóż smoking. Przebierz się za ziemianina.
Lubię z takim przebierańcem.” „W smokingu, a bez niczego? Do mnie bez
koszuli? Bez kamizelki? Z kłaczastą piersią do Jaśnie!? Chyba sam
wypiłeś pół litra jak byłam w UBe. A może jak spałam? Zaraz, zaraz,
trzecia chłodnia, trzeci but bez ... Won od pani!”
Przerwał
lelek terkotanie, „errorr” dla lelkowej. Wyszła matka przed chałupę. –
Który to miesiąc? Sierpień? Dopiero był lipiec, A rok? Pięćdziesiąty
trzeci? Tyle już lat po wojnie, i nie ma Anglików? Andersa?
– No,
nie ma – rysowałem dalej.
–
Pospiesz się dziewczyno z tym sprzątaniem pokoju – powiedziała do
Gorszej w oknie.. – Zapomniałaś chyba, że służysz? Zbyt dużo słońca.
Tak na raz. Futro moje jakby z wielbłądziej szyi, a nie z karakuł.
Powinnam zaraz sie położyć i czegoś napić… Tak, alkohol leczy mi
wątrobę – przysiadła na kolanach Chrystusa. – Twardo – podniosła się z
trudem. – A panu Teodorowi jak przyleci stamtąd, gdzie poleciał,
powiedz głośno, żeby nie dłubał przy wielmożnej zapałkami w uszach.
Nie oglądał przy pani grudek woskowiny. Przekaż mu moje życzenie
wrzucając do gnojnika niewychowanego. Chyba, że sam wskoczy z
woszczyzną. Ach, jest i mój syn. Znowu rysuje – dopiero teraz mnie
zauważyła. – Zapomniał o matce zupełnie. Nie zajrzy do cierpiącej. Nie
poczyta chorej przy łóżku. Dantego albo… – weszła do chałupy.
Po
godzinie zjawił się Eisen. Bez mucholepców, z papierosami i z „Wypalanką”.
– Byłem
w sklepie – usiadł na Ukrzyżowanym. Zapalił „emdeema’. Porwały go ręce
Gorszej i uniosły nad gnojnik. Puściły.
– Pani
kazała!
Usiadł w
gnoju, zamiast upaść. Narysowałem zdziwionego przyjemną miękkością.
Naszkicowałem jak wstawał ze śmierdzącej fali, uginającej się pod
kolanami, łokciami. Za miesiąc to wyrzeźbię.
–
Podobno przed wyjazdem na wczasy kleiłeś dla Zjednoczenia czerwoną
gazetkę – zaśmiała się matka z izby. – O zamieszkach we wschodnim
Berlinie. Przeciwko robotnikom, którzy byli przeciw. Którzy żądali
wolnych wyborów. Dowiedziałam się o gazetce, zgadnij od kogo? –
zaśmiała się drugi raz. – No zgadnij? – zaśmiała się po raz trzeci.
Wyrzuciła przez okno pantofel.
–
Musiałem, naprawdę, musiałem – deptał w gnoju z „Wypalanką”. Biały,
czerwony, w brązach. – Przepraszam Zosiu, kazano. A i tak powiesili
inną – rozdeptał się w mierzwie. – bo wkleiłem obok czołgów –
Hillarego z tym żółtkiem. Akurat zdobyli Berlin, co ja mówię tę górę,
zapomniałem…
–
Everest! – podpowiedziała Pińcikiewiczowa.
– Pytał
ktoś panią o Himalaje? Sam bym sobie przypomniał – przestał skomleć,
zaszczekał. – Zaraz po przyjeździe do Katowic ukatrupię trzy siostry.
Donosić na brata, na dobrego Eisenka. A chciałem dla nich zabić żonę.
Powiesić grubą wśród biusthalterów. Aby moje siostry miały prywatność
w Czeladzi. Marsz mi teraz z Katowic. Z powrotem nad Przemszę! Niech
sprzątają po Żydach – usiadł w gnoju i wypił. Płynął w poprzek
gnojnika.
Poszedłem łąką do rzeki. Przez zieloność do czarnej. Do. Nie można
powiedzieć „nad”. Wali brzegiem po gościńcu. Trudno ustać taki łomot.
Asfalt śliski od wody. Trzyma Antek miastowego. Środkiem żywiołu
wieprze płyną, krowy płyną, koń płynie. Obraca rzeka martwą trzodą,
bydłem. Rzuca z wiru w wir. Rozdziera o dno miękkie brzuchy.
Wybryzgnął żwacz z łaciatej – świeżą trawą, bułką łąki. Tylko łeb
konia w górze – rży. Komuś zabrało chlew, oborę, stajnię. Wszystko
wzięła powódź. Po wielkich deszczach będzie wielki brak. Ani mąki, ani
mięsa, nawet mleka. Zjedzą pociągowego z twardym kłębem, z siwą
grzywą. Do drugiej orki będzie bez kopyt. Uśmiałby się, gdyby
wiedział. Nie walczyłby o końskie życie z blachą w pysku.
– Do
tamtej jesieni jadłem tylko mleko. Prosto z wymienia, albo gotowane z
pokrzywą, szczawem. Nieraz z jagodami – zawołał Antoś w łoskot Żylicy.
– Krowa wszędzie się wypasie. Nawet pod kamieniołomem. Wśród skał.
Smyka trawiny spod ciosów. I jest mleko. Ale chleb? Bez pola! Chyba,
ze Pański w niedziele. Długo zawsze trzymałem w ustach opłatek, długo,
aż zwinął się na języku w bibułkę mąki, rozpuścił w pragnieniu.
Spłynął do gardła z pszennym zapachem. Głód po przaśnych największy.
Słodki, do bólu. Mógłbym komunikować co chwilę – klęknął na moment i
zerwał się z wody. Wyskoczył tak wysoko i powoli opadł. Aż strach, że
człowiek tak może. Patrzyłem na Antka z podziwem.
– My
Łaciaki, zwyczajny chleb, to tylko wąchaliśmy. Pińcikiewiczka od rana
modląc się przy studni ciamkała dokraszoną pajdę. A stary Pińcik
ciamkał na dachu, aby pół wsi wąchało. Co miesiąc zakłuwali prosiątko,
Po ćwiartowaniu, stara przesmażała tłustość, doskwarzała. Zapach bił
na naszą chałupę, i nam Łaciakom kiszki skręcało. Oskoma straszna.
Mordowałem w snach Pińcikiewiczów. Miałem się z czego spowiadać. Stos
trupów dla księdza co tydzień. Ale teraz jem jak sam prezes LKS-u.
Mięcho, kawiorek. Podsuwają najlepsze obiady „jedz Antoś i skacz”. A
kolacje dają do domu. Cała rodzina syta. Krowę, to matka doi, żeby nie
bolało krowinę. Kocha starą więcej niż nas, drób. Mnie kocha zaraz po
Graniastej, bo teraz Pińciki pozdrawiają Łaciaczkę. Już z daleka widzą
matkę Antka! – buchnął naraz płaczem. Płakał jak małe dziecko. –
Onegdaj, to nawet nie odpowiadali „pochwalony” na matki „pochwalony”.
Butów nie miała na niedzielę. Do kościoła w łapciach. Ale po co, po
treningu wódką mnie częstują? Jakieś koniaki. Za dużo. Słyszę stale
„Wypij Antek z działaczem”. Czasem mam dość już skakania. Chciałbym
czytać książki. Jak ty. Chciałbym uczyć się w Bielsku, a później w
Katowicach. Nie chcę być murarzem, robotnikiem. Nosić cegły, stawiać
ściany. Lecz każą. Sportowiec ma być „fizyczny”. A oni działacze
„umysłowi” – odsunął się ze mną przed płynącym „z ucha na ucho”
szaflikiem.
– Uusss
– krzyczy coś z motocykla kierownik tartaku. Zadowolonybardzo. Pędzi
gościńcem po wodzie. Do pół koła w falach. Trysk kropel z
ciemnożółtego, czerwonawy w słońcu. Hamuje ostro przed Antkiem. Opada
wodny ogon. Po cóż się zatrzymał? Nie ma już Antek piłki.
– Jak
fajnie Antek, że nie masz fusbala – wyszeptał, co krzyczał prując w
Żylicy. – Jak fajnie – odetchnął w szyjkę butelki. Wypił z Antkiem pod
paznokieć.
– Co w
tartaku? Pociął więcej ludzi? – A co z porżniętym? – zapytaliśmy na
dwa głosy. Wysoki, i wyżej.
–
Uratowałem ciesielskiego. Nie umie pić, a pije. Brygadzista z miasta.
Z kacem, i bez paluchów – popędził kierownik dalej, do sklepu po wódkę
„partyjną” z czerwonymi kartkami. – Jak fajnie – podniósł wodny ogon.
Rozłożył się wachlarzowato. Piękne oka mkną po górach.
– Ja
Antoś na pewno nie będę murarzem, ale zazdroszczę ci siły – napiąłem
słabość. Chciałbym mieć twoje zdrowie, krzepę. Być chłopakiem, którego
podziwiają mężczyźni. Który nie lęka się fruwać jak ptak.
–
Uważaj! – podskoczył ze mną nad kamieniem. – Rzeka z gór toczy skalny
drobiaz. Obrabia na gładzinę. Dobre to na podmurówki do chałup, na
studnie i na gnojniki. Albo do rzucania w sąsiadów. Jak pokłócą się
gospodarze, to mają czym. Biorą skalne placki z ułożonego stosu i
drugiemu w okno. Po takiej kłótni ma sąsiad kamienie sąsiada. Tylko
okien nie ma, albo za duże.
–
Widzisz Antoś to ty mnie ostrzegłeś, a nie ja ciebie. Pomogłeś
przeskoczyć otoczak. Nogi by mi połamał. Jesteś lepszy od miastowych.
– A ja,
chciałbym mieć twoją siłę – odpowiedział ponuro. – Siłę bycia w sobie.
Tylko z Bogiem i z wybranymi ludźmi. Daleko od szosy, od mas.
Potrafisz zatrzasnąć furtę. Pilnować własnej chałupy, z sierpem. Masz
chłopską naturę. Nie masz duszy miastowego. A do Łaciaka wszyscy
wchodzą. Z kwiatami i wódką. Podpatrywałem ciebie, co noc jak padało.
Jak przesiadywałeś pod gontami. Zimno, nie zimno, byłeś tam. Byle nie
być z kimś, kogo nie chcesz. Obserwowałem jak czytałeś i rysowałeś
przy świecy. Jak mówiłeś do siebie. Ty i ty. Jeśli nie pragniesz
kogoś, to wała, nie dasz przystępu. Może ci zaleźć za skórę, ale nie
głębiej. Dalej (Skaliste). A Łaciak dopuści każdego. Nawet prezesa z
ZSL. Chociaż nie cierpi pijusa. Mówi mi ożarty, do kogo mam się
uśmiechnąć. Komu uklonić. Komu dziękować za narty, za strój, za
jedzonko. Jemu. Ustawia Antkowi myślenie. Nie odskoczę od tego pijusa
od działaczy pijaków, choćbym przeleciał nad Beskidem – posadził mnie
na ramionach jak Półtoraczyk. – Zejdźmy lepiej z szosy. Asfalt
rozkisł. Lada moment nie będzie gościńca. Zsunie się do rzeki.
Naraz
skrzyp straszny, aż wykręciło kark. Rumor pni. Rozleciał się most.
Uderzyła od spodu Żylica. Energią gór. Poszło drewno wysoko. Jakby
miner wysadził. Opadały z wolna kantówki i okrąglaki. Nie ma przejścia
do kamieniołomu i z powrotem. Złażą ze skał kamieniarze. Będą drałować
wzdłuż stoku z narzędziami, obchodzić wodę. Wieś tak blisko, a nie
przejdziesz. Trzeba lasem w ciężkich hełmach. Na pewno kurwują na
wezbraną, na swój fach kamienny, na życie kamienników.
Poszła
po nas czarna fala. Noc też idzie. Wracamy przez łąkę. Julia z
Honkisem dalej sztywni. Nie słyszeli o moście. A Julisia daleko. Na
innym pastwisku – nieHuczkowej.
– I
jeszcze boję się natury – nie dawałem za wygraną „jestem gorszy od
ciebie”. A najbardziej, to lękam się Honkisa. Patrzy jakby chciał
kogoś zabić.
– Nie
przejmuj się przybylcem. Przeskoczymy go jutro. Zobaczy osiem pięt nad
czołem. Nasze podwójnie.
W nocy,
larum przed chałupą. Krowa wlazła w koniczynę. Zaraz pęknie i po
Julisi. Nie będzie pięknej mordy z wielkimi ślepiami.
– Leć
po puszczadło! – Nie na krew! Na gazy! – Leć po pędzonkę – komenderuje
Julia Honkisem. Biega Hauptmann od drwalnika do drewutni zamienionych
na bimbrownie. Są puszczadła, ale nie ma pędzonki. Wszystko wypił
kapitan. Na szczęście dyrektorowa przysłała Eisena, ze „Starowinem”.
Pomagałem poić, puszczać. Syk paskudny z dzięcieliny, fetor z brzucha,
tłuszczu, kwasu. Warto było jednak w smrodzie. Dla Julisi krowy Julii.
–
Żałujesz zwierzęciu pół litra!? – bije czymś matka Eisena. Kiepsko
słychać, dudni z rzeki. – Podaj mi zaraz pantofle. A najlepiej ten
klocek Huczkowej! Do pieprzu! Nie będę chytrego chlastać bamboszem.
– Muszę
letnikowi podziękować za pomoc. Poił krowę jak stary gospodarz.
Zobaczy za to izbę góralską. Beskidników na ścianach. Mój pokój –
cmoktała z wiadra gospodyni. Co zdanie, podpiwek ze „Starowinem”. –
Taki pokój to tylko oglądać nocą. Przy świecach – cmoknęła nad pustym
wiadrem. – W dzień zbyt pstrokaty dla oczu miastowych – zawarła
Julisię w oborze, a Honkisa za płotem. – Nie będziesz spać przed budą
po moim Gryzaku. To był czujny pies. Wychłeptał podpiwek ale pilnował.
A kapitan prześlepiłkrowie ścieżki. Rozdęło Julisię przez Hauptmanna.
Nie dostaniesz nawet psiej budy. Wszystko na kościół! – wróciła do
figury Chrystusa. Wyjęła z drewnianego boku różaniec. – Mam tu schowek
przed Honkisem. Wszędzie węszy, za gontami, pod podłogą, ale nie w
Jezusku – położyła liść na ranie. Odemknęła krzyżykiem różańca
pozłacane drzwi. – Kawał lasu sprzedałam, żeby ozłocić – zapaliła
pierwszą gromnicę. Na podłodze dziewięć świec, krzyż ze świateł.
Chyboczą kolory chyba stu obrazów. Na szkle malowanych, na kaflach.
Rzędy gór wokół izby, Te najwyższe przymocowane na ukos, do powały i
ścian, pochylone nad nami. A na górach – górale. Tańczą tupanego.
Beskidnica z beskidnikiem. Przytup, zaśpiew. Niepotrzebnie
zachrobotała mysz. Znieruchomieli tancerze w barwnych przegibach.
– Umrę
za niedługo – przeżegnała się Julia. – Ps – psyknęla na osiem kotów.
Jeden bez sierści leżał w misce z mlekiem. – Cały Honkis – syknęła „iiis”
jak zaskroniec. Ruszył się bezwłosy kocur. Obszedł miskę fukając.
Hauptmann z trójkątną czaszką, z różowym bielactwem. Para czerwonych
źrenic w bladym trójkącie. O czym myśli kapitan zamieniony w kota?
Krew przyczajona w ślepiu. Trup Julii w zwężeniach.
Światło
poszło na sosrąb. Patrzą na mnie czarne świątki wyrzeźbione w głównej
belce. Przecież to… od dziecka do starca – Jacek Durski. Widzę siebie
pod powałą. W różnym wieku. Ktoś mi to uświadomił. Ale kto? Kim jest
ten wiedzący? Nasz Chrystus? Mój Anioł?Pytania uciosane w czarnym
drewnie.
–
Huczek to wyharatał, wydłubał w beli. Namalował też te obrazy.
Dziewięćdziesiąt dziewięć. Cały Beskid dookoła. Potem został
partyzantem. „Nie będzie w Szczyrku Hitlerów”, powiedział Chrystusowi
do rany i poszedł w las. Z najlepszą krową. „Pożre sobie Małocha do
pierwszego śniegu, czernic i grzybów, a potem ją zjemy, jak wilki.”
Nie walczył Huczek, ani w AK, ani w AL. Dowodził armią Huczka. Kilkoma
babami i sobą. Nie zabijali Niemców. Raczej robili Szwabom psikusy.
Baby zamieniały znaki drogowe i leśne. Przez to, i raz Huczek
pobłądził. Zaszedłby do Milówki, gdyby nie krowa. Pięć bab huczkowych,
co noc, strzelało po Skrzycznem z korkowców, pięć razy pięć, a trzy
huczkowe zapalały na stoku ogniska, trzy po trzy, „tylu jest
partyzantów”. Huczek mniej dowcipkował. Przebrany za gospodynię czekał
z krową na brzegu lasu. Zapraszał między sosny wracających z
posterunku Schutzmannów, i wstyd powiedzieć, gwałcił mundurowych. Taki
podwójny był. A żenidło miał wielkie. Trzy razy jak Honkis. Cztery.
Jak przyłożył od tyłu – wsunęła pod kiecki przewiąsło. – To na Huczka
rzucała bomby Luftwaffe. Dla niego na cały Beskid – tarła pod kieckami
– Żartował z odłamkowych leżąc w jamie, w świerkowym zasieku. Aż
zrzucili burzącą, gdzie był. Ta połać, pod szczytem, to nie leśna
polana, to grób beskidnic i beskidnika. Tańczy Huczek pod ziemią, w
środku góry. Kołuje do samego wierchu – dotknęła językiem
ufirankowanego obrazka i pieści dowieszone do koronek dzyndzyki.
Mamrocze mieląc w ustach dzyndzoły: – Wychodzi Huczek ze Skrzycznego.
Co wieczór. Z ziemi do nieba. Popatrzy na podupadłe gospodarstwo, na
cmentarz z dzieckiem, usnęło w świeżej słomie i – na ślubną.
Postarzała się bardzo od okupacji. Sama w polu. Sama z podpiwkiem.
Woli Huczek spozierać na Małe Skrzyczne. Z dużego… na mniejsze –
krzyknęła wypluwając na brodę dzyndzyki. Wysunęło się spod kiecek
czerwone powiąsło.
–
Zatarła się pani? – zapytałem jak inteligent.
Dniało,
pstrokaciały obrazy, koronki ram. Kicz z dziwną siłą. Co to jest?
Dobre i kiepskie zarazem. Pomyślunek artysty prymitywa. Duch ubogi
wysoko. W izbie nie tylko góry, mnóstwo gór, lasów zielonych i
białych. Pejzaż przy pejzażu. Kilka panoram. Ale są i portrety. Chyba
Huczka i Huczkowej, i… zauważyłem scenkę rodzajową „Julia skrępowana
powrósłem”. Nad nią Huczek, fruwa.
– Dużo
tego mąż narobił – podziwiam jarmarczność w nowym świetle.
– Oj,
dużo. Chyba hektar. Kupowali to piśmienni. Sam proboszcz to
sprzedawał. Po sto sztuk innym księdzom księżom z Bielska-Białej, i z
Tarnowa, a oni dalej wiernym w parafii, tym bogatym, asesorom,
planistom. Było za co krowę kupić. Wisiał Huczek, w asesorstwach…
–
Obejrzę dokładnie dziwną sztukę. Dzieło bez umiejętności. Toporny
realizm z wielką fantazją. „Wbita w górę błyskawica.” „Płomień
biegnący po Małym Skrzycznem.” I ten pejzaż na obrusie. „Tęcza w
rozkroku. Od Skrzycznego do Skrzycznego grzbiet czerwieni” A na
talerzach: „Rozblask ogniska.” „Krąg z popiołem.” Centrum Huczkowego
świata.
– Niech
letnik popatrzy na ten kafel, na Skalite przekrojone na krzyż.
Błyskawicami. I na ten, Skalite po burzy, dymi las biało.
– To
chyba jakiś abstrakt jasnożółty?
– Jakie
„bs”, nie rozumiem? Żgli się słońce, w mgiełkach rannych. Płakałam jak
to malował. Żegnałam się i płakałam.
– Ale
przecież, to okropny landszaft!
– Nie
podoba się letnikowi? To się nie podoba!? Skalite po burzy!? W
słoneczku – patrzyła na mnie jak na stukniętego kamieniołomem.
Zacząłem rozumieć, że jestem puknięty. Prędko się uczę. – To przecież
nasza garbata ziemia. Garby piękne. Jak nie płakać w takiej chwili.
Nie rozumiem miastowego. Nie rozumiem! – wielkie Coś rzuciło Julię na
kolana. Przed tym krzyżem ogni z palących się świec. Pchnęła ją wielka
miłość do krajobrazu, do gór śląskich ze świerkami, bukami, czasem z
jodłą, a czasem z jesionem.
Już nic
nie mówię. Dłoń na ustach, pięść. Tylko zerkam po obrazach: „Jakaś
krowa z jakąś kurą. W złotym łańcuchu w złote żółtka. Pierścienie w
pierścieniach.” „Kogut zapatrzony w kałużę.” „Wilk wychodzący z owcy.”
– A to
nasze dziecko głaszczące strumień – opowiada Julia z klęczek. – A to…
Kiedy skończy to „a to”… Chrystus w spodniach łubianych. Z bukietem
kąkolu. Odprowadza naszą dziewczynkę do nieba. Wbite w obłok drabiny.
Obwieszony paciorkami, dzyndzykami. A może to nie Chrystus? Może to
ja, Julia? Idę z dzieckiem wysoko? A tu Huczek w piorunie kulistym. W
trzaskawicy i gradzie. Z ogniem w ustach. Jak on mnie pobił, że nie
dopilnowałam dziewczynki. Że zasnęła w sianku. Skopał jak
Pińcikiewicza. A potem wykasztanił się obok. Taki galanty.
A to
Julia na obrazku zza figurek niedorzeźbionych. Nie wiadomo kto jest
kim. Czy górale szczyrkające, czy z Suchej Beskidzkiej. Tam też miałam
kawalerów. Ale o czym to ja? Ach, o sobie na obrazku. Wchodzę po
ostrwi na dach. Pokazałam wszystko Pińcikiewiczom. Pobili się o
oglądanie. A teraz galeria portretów Huczka: „Młody Huczek w
zalotach.” – Przychodził do mnie z kozą. Albo z owcą. Dzwoniły
dzwonkami. Mój pokuśnik dyn-dyn – uniosła nafałdowane suknie. Fu. Nie
jestem Honkisem. Odwrócony nos z oczami. A to, „Weselicho Huczkowej i
Huczka.” – Mój przy stole, ze szklanką okowity. Gotowała się już
pierzynczyna. – A to, cały stół weselny – pokazała dogniwające
ścierwo. – Tak, Huczek lubił nieświeżą owcę. Myśli Julii tuż tuż. – A
to…
–
Musicie tak stale mówić „a to”? I zawsze na początku. Już nie mogę
słuchać tego „a”, tego „to”, tak powiązanych.
– A co
za „a to” mam powiedzieć? – zaskoczyła mnie pytaniem.
„Huczek
w Salmopolu.” W 1932. Z tymi Niemcami, którzy ufundowali „Biały
Krzyż”. Zajęty witaczką – opowiada Julia. – A tu z kosą. Już
gospodarz. Pozdrawia ostrym Pińcikiewicza. A tam Huczek z gazetą.
Czytałby gdyby umiał – powiedziała prędko. – A tutaj my, Huczkowie z
samogonem. Połowę piliśmy a połowę łyżką. Huczek trzy łyżki, a
Huczkowa dwie. Wówczas to miałam apetyt. To był dobry rok. Daleko do
wojny, dziecko na bałyku, a w kołysce indyk – zachwyciła się
wspomnieniem. – Powodzi nie było, pożarów nie było, gradobić. Spalił
się tylko chlew Łaciaków. Ale oni nic tam nie mieli. – Nie patrz na
to! – zasłoniła chustą mały obrazek. – Obok patrz! Przypomniałem sobie
powrzaskiwanie zakonnicy Benigny. – Patrzaj natę chmurę z drzwiami do
nieba. Nimi nasze dziecko…
– Na tym
zasłoniętym obrazku Huczek kocha się ze świnią. Coś takiego nie
widziałem nawet w domu. W Katowicach.
– Nie ze
świnią, tylko z krową.
–
Świnią!
– Krową!
– Z
miasta jestem, ale odróżniam świnię od krowy – powiedziałem bez
emocji. Przekonałem brakiem Julię.
– Tak ze
świnią, ale Pińcikiewiczowej – odsłoniła w końcu obraz.
– Jacek!
Jacek! – jackuje od południa Eisengraeber. – Idziemy z matką do
sklepu. Gorsza nie przyjechała.
– Co za
czasy. Musi Jaśnie do monopolowego. Po „Starowin”. Jak niepani –
narzeka matka pod kapeluszem ze słomek. Pod gazetą, w artykułach
„Trybuny Ludu”: „Stalin żyje nadal.” Pod parasolem Lepszej. Potrójnie
zacieniona. Gra swoją rolę – jejmości – bardzo szaro.
Ruszamy
górną ścieżką. Po alkohol „przywieziony z Buczkowic” i po cukier do
alkoholu „trzeba przypalić to świństwo”. Szosy nie ma, w Żylicy.
Podtrzymuję matkę, nie przywykłą do wzniesień, do górzystości. Na
Kujawach ziemia prosta, wody proste, bez niepotrzebnych ozdób. Możesz
strzelać daleko. Z Owic do Urzędu w Sokolnikach. Zabić ubowca dla
żuchwy. Prasa cicho o myśliwym. Trzymam nad matką ojca parasol. Duży,
z wiatrem w czaszce.
– Równo
trzymaj! Nie tak! Tak! – dyryguje i narzeka na powódź, na faszystów,
komunistów. Wszyscy na coś narzekamy. Stalin, Bierut i Morcinek w
jednej rzece utopieni z Gorszą i parasolowatym cieniem. Zaryczała w
oborze Julisia. Ostatni raz dla letników. Zawołał coś Chrystus.
Zakrzyczał. Nie zrozumiałem zdań w gęganiu gęsi Huczkowej. W naszym
gę-gę. Matka zżyma się teraz na Churchilla, a ja znowu na parasol.
Przesłania czarny niebieskie niebo i szczyty gór. Chcę widzieć
najwięcej! Zapamiętać: Klimczok nasiąknięty błękitem. Jego rysunek w
fioletach, a po chwili w żółciach. Powidok-powidok, zimno, ciepło –
falujące w oczach. Blask słońca na pochyłym dachu. Zasrebrzył się
wysmołowany. Lepik z księżyca? Muszę także zapamiętać: Ostrą krawędź
perzu, igły konietlicy, ogładzony kamień, rozplaśnięte krowie łajno.
Zapach barw, smród chemii. Na kamykach wygrzewa się rodzina
zaskrońców. Zielononiebieskie zwoje. Splecione w połyskujący kłąb.
Gady razem, tak blisko, a moja rodzina?. Matka w Szczyrku z Eisenem, a
ojciec w Międzyzdrojach. Rozpełzły wije.
– Pan
dyrektor nad morzem, a dyrektorowa… – podniósł się głos matki. – Gdyby
tu był, pod ręką…
– Nad
morzem dalej kapie – bronił Eisen Beskidu.
– To
jest kurort!? – A gdzie deptaki z siedzeniami? Co pięć metrów powinna
być ławka, a co dwadzieścia pergola. Jak w moim parku, w Owicach –
wspina się sopran po stromej ścieżce.
<droga do części drugiej>
|