|
ANNA
FILIPCZAK I JACEK DURSKI
(słowa Anny Filipczak pisane kursywą)

***
Nie zasnęłam dzisiaj. Gwiazdy śmiały się ze mnie.
Z Boga strach. Wylepia koronę mózgu zimną czernią. „Ma
pan raka. Jeszcze rok”, powiedział lekarz.
Coś mnie zaniepokoiło nad ranem.
Nie chce dusza Tam. Nie chcę umierać. Chcę pisać
książki. Blat biurka z przepaścią. Strach o napisane. Ile z tego…
Samotna w nocy, widzę umysł twój.
„Nie ma pan”, powiedział po tygodniu drugi
lekarz.
Nie boję się już nieba, ani piekła. Dobrze mi z
długopisem jak dawniej. Ale tak bardzo zapragnąłem miłości. Daj Boże
raz jeszcze. Ostatni raz. Chcę miłować i być miłowanym. Tak strasznie
pragnę kochania, że nie potrafię wyrazić tego słowami. Pisarz
niezdolny. Przeglądam twarze czytelniczek i pań z portali. Tyle
ładnych.
Tu jestem. Sama na plaży, w łakomych oczach
mężczyzn. W oczach ich kobiet, niespokojnych. Zmieniana w monstra
przez zaniedbywane. Oczy, oczy. Zdrad pełne. Oczy, oczy.
Napisałam im w piasku o tobie. O mężczyźnie, który mnie szuka. Który
znajdzie.
W mroku ekran, wypukłość zieleni. Szukam jej – Anny
z Trzemeszna. Palce prędko po klawiszach kom. Muszę znaleźć
Jutro.
Tu jestem. Dotykam cię myślami. Rymowanką taką.
„Wyświetl tutaj”, pomaga dobry los. „To zdjęcie, to, z
ciemną aurą. Rozprosz aurę z ciem.”
„Witaj Jacku.”
„Witaj Anno.” Masz puste miejsce w piersiach. Na nowe
życie. „Przesyłam ci ikonkę – heart. Słów kilka i wiersz jeden”
Płonie pulpit zielono.
Czy potrafię jeszcze kochać? Zapomnieć Zabranego.
W jej myślach zmierzch. Dzień zgonu. Lecz brzask między
myślami. Pod widnokręgiem nocy. Wybucha białą różą.
Widzę światło w moim ciele. Już twoim.
„Spotkajmy się w środku Polski.”
„Spotkajmy.”
***
Uskrzydlona
ubarwiona
przebarwiona niedobarwiona.
Jest. Skrzydło płaszcza wygładza. Muśnięcia
dotknięcia. Ruch motyla. Pod skrzydłami lato. Roi się trawa
na peronie. Łąka spod Gniezna. Czułość źdźbeł zielonych.
Jest. Twarz z brodą wyrzeźbiona. Niebieska broda
marzeń.
Wyciągnięte ręce, serca. Przypływ łąki.
Zapalonych kwiatów wiele. Muzyka światła. Wymarzona chwila.
Drży.
***
Usiądź przy mnie blisko, bliżej, tak, byś mógł,
słyszeć szept serca
mojego
naszego.
Twarz jej z nieba-jeziora, błękitów
popielewskich. Blisko mojej, z lasu Szymonek. Prąd z włosów dotknął
iskrą. Nie żyłem z nikim trzy lata, cztery. Sam na Ziemi. Pragnienie z
lękiem. Czy sprostam w kochaniu?
Tak, byś odgadnął myśli moje, tę myśl jedyną.
Ciało Anny naraz nagie. Biodra złote, uda złote.
W złoty mrok. Ręce, nogi, piękny rym. Między piersiami, złotem,
złotem, złota głębia. Z moim sercem, ikonką heart. Całuję w
piersiach twoje-moje.
Dotknij szeptu Anny. To utwór do poznawania siebie,
nas.
„Pachniesz ogniem.”
Chcę przytulić się, tam gdzie duch twój, ukryty.
Pieszczę ogień na udach, do gorących warg z
Gwiazdą Clitoris. Zapalam środek kosmosu. Wypełnia się
koroną płomieni.
Jesteś we mnie, a ja w tobie.
Pierwsze zatracenie
ocknienie.
Noc z tobą jasna. „Jak
pięknie w tym świetle, Jacku.”
Miąższ wiersza gęstnieje.
Zatracenia ocknienia.
Góra światła pode mną
wybucha szczyt.
Na twoich wargach okruch duszy
naszej.
***
Ciało twoje
otwarty wiersz
chwila między piersiami, godziny bioder, dni kilka,
więcej nocy.
W tym pokoju Ziemia cała
ląd na ląd zachodzi
morze w morzu kołysze
huk z dna
w źrenicach.
Spełnienie.
Cofa się ląd i morze.
Spełnienie kobiecości
dotyków dosytości
w pragnieniach nieskromności
w marzeniach ciekawości, aż do pustki mózgu.
Już bez Aniołów
naszej cielesności
wielkości.
*Nie ma Ich tutaj, ni w niebie. Nie ma w nas, Anno.”
„Chwała tej pustce Jacku.”
„ I w wierszu nie ma.”
„Chwała jej!”
***
Twoja twarz w oknie wagonu. Oczy z luster
Popielewskiego. Prószą niebem z kryształów.
„Bądź ze mną Niebieska.”
„Daj mi Jacku czasu nieco.
Chcę pokochać ciebie. I siebie. Ale…”
"Żyj ze mną. Niebieska i złota.”
Jesteś w Annie, w myślach moich. Zabieram twoje
słowa z oddechem. I nasze zapachy, I smaki nasze. Będę z nimi”.
„Może piorun w nas uderzył. Tylko piorun”, słyszę w
skroniach głos Niebieskiej. Żłobi czarnego motyla.
Pomruk horyzontu granatowy. Deszcz spłoszył poemat.
„Czy wśród twoich pieszczot, była taka, którą żadnej
nie dałeś? Moje inne były. Pragnę żyć od nowa.”
Nad miastem tęcza. Konduktora gwizd.
Tam gdzie ty, tam ja.
Pa, pa, pa.
***
Tęsknię do dotyku jego słów ciałem szeptanych. Do
śpiewu naszych ramion, ud.
Pamiętam pościel w dłoni Anny. Wypływa biało z
dłoni złotej. Wypływa i cofa się w głąb
wiersza
białego.
Układam tęsknoty przy poduszce marzeń. Tu, słowa z
oddechem, a tu, nasze zapachy.
Zapach z jej warg, ze środka sklepienia. Nasz
zapach. Wargi-wargi-wargi.
Wysłałam mu modlitwę Mozarta. Modlitwę o zdrowie
jego oczu. Słucham zawsze tego requiem. Na dobranoc. Czy on to
słucha?
Martwi się o mój wzrok. O światło pod cieniem.
Jestem mu potrzebna przecież.
***
„Dzisiaj spotkałam ciebie w
lustrze. W alei światła. Wyzwolona od przeszłości.
Wyrzeźbiłeś mnie sobą od nowa. Piszę do Ciebie, jedynego. Nie ma już
lęków między nami. Twoje niebo moim. Piszę list, a ty dzwonisz.
Przytul mnie od środka. Tak by nas nie było. Na Ziemi. Tylko w
niebie, naszym. Jacek w Annie, Anna w Jacku. Czas cały. Powiedz coś?
Tylko ja…”
„Przyjadę do Ciebie.” „Przyjedź jutro, dzisiaj.”
„Chcę być z tobą.” „Przyjedź.”
***
Dom z luster i okien. Wielka brzoza z kawałkami słońca.
Porusza ziemią. W białych gałęziach niebieskość i białość. Kosmos bez
czerni.
„Wiedziałam Jacku, że przyjedziesz. Czułam wszędzie
twą obecność. W tym mieszkaniu, na ulicy, w parku. Czułam duszą,
czułam ciałem. Naszą miłość, nieuniknioną.”
Okna w blasku. Ściany blasku. Cieni nie ma. Zamiast
klamek dłoń. Twoja Anno. Palce z aurą błękitną. Na talerzach łąka. Z
pościeli łąka. Szeroka. Przypływ barw, zapachów. Miejsce na nasze
niespanie zasypianie
wstawanie niewstawanie.
Dojrzewa noc w mieszkaniu Anny. Pierwsza noc. W oknie,
w brzozie białej – korowód księżyców. Na skroś pokoju tętnice światła.
Sączą powoli rozkosz. Rodzi się ciało, po raz wtóry. Twój skurcz Anno,
nowym życiem. A te, istnieniem w życiu nowym. Nasz splot wysoko
uniesiony. Ciało wznosi ciało, jak najwyżej, prostuje krzyk. Na
wierzchołku nocy – światło. Rozkosz woła. Atak krzyku. Nasienie
wiersza na ustach.
Jesteś we mnie a ja w tobie
ciała naszym ubraniem.
A kiedyś zaklęta w fotografię
dotykałam ciebie tylko myślami
myślami-wierszami
wierszami-tęsknotami
samotna w nocy.
A teraz? Uśmiecham się do gwiazd.
*Nasze łąki, nasze lasy z
Ochodzy i Jutrosina połączyły się na starość. Na młodość. Zielony
kolor w jesieni. Moc cudowna przyrody.
„Dziękujmy Bogu za jej niepowtarzalność.”
„Za siłę. Z niej miłość nasza.”
„Moc mocy. I sztuka
kochania.”
„Dziękujmy Mu za cudowność natury. Za nas.”
„Za ciebie i mnie, mnie i ciebie. Za naszą miłość.
Za światło — światło.”
„Za promień Stamtąd.”
„Napiszmy Anno o naszym poznaniu. O duchowości w
fizyczności.” „Opowiedzmy o nas choć jednemu człowiekowi.” „Jak
można pokochać drugiego.” Słowa nasze, myśli nasze. Nie
poznane rozumem. „Glinę mamy już przygotowaną.” Tylko ulepić
ogień. „Napiszmy to razem. O naszych Aniołach w zwierciadlanym
odbiciu. Nikt tak…” „Poezja tego nie wypowie. Tylko łąki
nasze.”
Na nich naga zbieraj wiersze. Twoje ciało z raju.
Płynie lekkość po pokojach. Wiatr z trawy. Ręce, nogi, dzień, noc.
Ziemia, niebo, Kosmos cały. Jego środek w Anny wnętrzu.
|