Stoję w oknie Sosnowca. Ja, Ślązak z Wielkopolski.
Wiatr wymachuje czerwonym miastem. Śpiewa ulica do ulicy.
Kiepur by ogłuchł, gdyby żył.
Mój mózg poluje na ludzi. Zza biurka, z blatu. Z
okna, okien, z bramy, z samochodu. W Katowicach, w Warszawie...
Znowuż powieść do napisania! Nad czołem czoło. Zakręcone. Kość i
blacha. W środku zwojów trochę myśli. Lecz przy skroniach pusto,
ciemno. Kanał w mózgu zaślepiony. Przetkać trzeba. Żłobię
czoło długopisem.
Naprzeciwko, na balkonie, Anioł w stringach. Rajskie
mięso oliwi. Głaska dłonią udo, w udach. Pragnie diabła. Albo
chociaż jego ogon, bardzo mocny u nasady z męską kością. Model
Double Rabbit. Wibrator z pulsującym akrylem.
Patrzę zawieszony głową w dół – niebo pod dachami.
Anielica też zawieszona. Z balkonem. Zaraz spadnie w chmurę bliską,
w Cumulusa. Pojękuje, pokrzykuje obracana wibratorem. Już dochodzą
mięśnie gładkie, ale prążki trochę w tyle, opóźniają orgazm wielki.
Patrzę z zachwytem na Anioła. Zerwał stringi błękitne. Piętą skroni
dotyka. W narządach gęstych Double Rabbit. Najdzielniejszy model
wśród stymulatorów. Z wieloma prędkościami i podwójną rotacją.
Patrzę też w niebo pełne Cumulonibusów. Będzie padać wieczorem.
Rozwiała się moja głowa, tylko penis, szuka słów o miłości.
Jeszcze jestem mężczyzną. Przyjmę ofiarę z kobiety.
Ma być młoda i ładna albo piękna w średnim wieku. I ma czytać
moje książki, bo bez książek mnie nie zechce. Ciało stare, członek
stary. Coraz wolniej się podrywa. Już niedługo będzie sterczał.
Coraz trudniej ruszyć prąciu. Póki co, posunę tego Anioła na
balkonie
vis-à-vis. Anioła wcielonego w sąsiadkę. To piękno
błyszczące olejkiem, błyskające w niebiosach. Czuję w krzyżu ból
rozkoszny. W kroku miasto. Świat w prostacie…i po Aniołach.
Sąsiadka dalej z Double Rabbit. Widzę, jak się biedna męczy, dojść
nie może. Już mnie pupą nie pociąga. Ani dziarami na
pośladkach. Zerkam z boku i współczuję. Dobry człowiek
ze mnie. Ale czemu zamiast „człowiek” pomyślałem z krzykiem
„pisarz”? Trzeba nad tym się zastanowić. Najlepiej przy biurku, pod
lampą halogenową. Z serwisem herbaty. Lecz na razie obserwuję
czwarte piętro, balkon z wibrującym Aniołem. Z Anielicą dochodzącą.
Już blisko celu. Zapał wielki. Wreszcie doszła, gdzie
chciała, i odpoczywa przełamana leżakiem. Mogę pisać spokojnie o
przesłuchaniach na SB. Nikt i nic mi nie przeszkadza. Nawet pan
kominiarz. Też zachwycił się Double Rabbit i omal nie spadł z dachu.
Ejakulacja sadzy.
Położyłem się na biurku i piszę. Cały kwadrans.
Płomienieje okno słońcem. Duszą Układu. Moją duszą! W dłoni żar.
Spalenizna. Zwęglony palec do połowy. Pełno kartek osmalonych. Ze
słów proszek. Czarno wokół. Idzie Ewuś z odkurzaczem. Z oczu siła.
Po całusach nie mam głowy. Nie mam szyi. Tylko grube okulary, na
fotelu obrotowym.
Telefonuje pierwszy pisarz iks. Z bliskiego obcy się
wysunął, wróg z przyjaciela, inny człowiek. A był doktorem naszej
bliskości. Teraz opowiada same kłamstwa, zdania nie moje – swoje.
Rośnie mu Hyde z różną prędkością. Z głowy i ramion zęby w ząbki. Na
szkliwie jad kiełbasiany. Może zabić za prawdę. Chce mnie ukatrupić.
Przykro mi, lecz wściekłość narasta. Też go mogę zamordować. Za
kłamstwo.
Przychodzą e-maile.
Między spamami epistoła ze „Spółdzielni
Intelektualistów”. Znowu odkryli Amerykę. Nasz Śląsk.
„Pod Katowicami wszystko wybrane. Trawimy nad pustym resztki Polski.
Można srać z wysoka”. Odpowiadam im natychmiast: „Nie piszcie tak o
wydalaniu. Mój administrator to czyta, rządca mojej www. Psuje mi
stronę, jak się wkurwi wulgaryzmem. Zresztą trawię od was wyżej.
Mogę srać na wasze sranie, uprzedziwszy dysponenta”.
Telefonuje drugi pisarz. Kiedyś cenzor literacki,
teraz skarbnik w tej spółdzielni opóźnionych. Wyróżnia się smrodem z
głowy. Śmierdzi z oczu, uszu, ust i nosa. Jedna kula smrodu.
Znowu idealizuję. Rozesłał apel w Internecie – „Emerytury dla
cenzorów” – ze swoim zdjęciem w ubikacji literackiej, a teraz
wydzwania do pisarzy, aby tę bezczelność przekazali dalej, do
przyjaciół i znajomych. Co za smród. Zrobię blokadę z paska
zadań. E-mail zwrotny. Dostanie własnym czadem. Wyślę mu to ze sto
razy. Tysiąc! Te dziewięćset, to przez iksa. Niech
Hyde’owi podziękuje.
Jest też e-mail od czytelniczki: „Oderwał pan Rawę od
koryta. I co dalej? Postawią rzekę na ulicy Mariackiej? Chciałabym
na ten temat się wypowiedzieć. W miesięczniku „Śląsk”. Proszę mi
załatwić wywiad”.
Dzwoni osiem czytelniczek na telefon stacjonarny.
Miłe safo z jakiejś wyspy Międzyodrza. Tam obozy szkoleniowe
dla walczących z facetami. Mówią ostro, rozkazują: – Bujaj pan
bohaterem powieści. Niech spada z linii fabularnej! – Ten heteryk.
Niech spadają wszystkie hete. – Niech. – Niech – życzą zdrowym doły
w dołach.
Telefonuje dziesiąta czytelniczka: – Wzmocnij prądem
bohaterów. Dość mam słabych w miejscu pracy. Dzwoni zaraz jedenasta:
– Możesz napaść polityków. Nasz parlament. Ich Sejm. Swojego
prezydenta. A po minucie dwunasta z trzynastą. Chyba klony
dziesiątej. – Możesz napaść Episkopat. – Tych Pieronków – mieli
ozór z jęzorkami. Mielą, mielą, grubo, drobno „kogo napaść”.
– Zamów pan sobie HDCD do upakowania informacji i
dupleks połówkowy HDX – weszła sprzątaczka i wychodzi nie
sprzątając. Pojechała z Ewusią do wuja Ewuni. I do ciotki Ewuni.
Robić z doktor Ewą lewatywy, grubym w zaparte. Bardzo smalcem
zapieczeni.
Telefonuje mój wielbiciel. Tak, amator moich
książek. Niestety chory umysłowo. Cofam się w lustrze głębiej. Nie
ma prozaika. Tylko QD poczwórna gęstość zapisu i protokół brajlem.
Spieszy do góry pan listonosz „Dzieńdoberek”. Połamał
nogi w stopnie i idzie wzrokiem po schodach. Co mi przyniósł oprócz
PIT-ów? Jakiś anonim, zaklejony smarkiem. Wydzielina z Goczałkowic.
Prosto ze Zdroju. „Wiem o tobie bardzo dużo. Już nie możesz. Już
nie”, napisał ktoś z jeziora.
Dzwoni znowu pisarz iks. Pobył w ogródku, pod
jabłonią i przeistacza się w Jekylla. Mamla słodko z jabłecznikiem.
Dawny Iks przez telefon. Teraz na mnie kolej w dobrym. I ja muszę
wysrać
Hyde’a. Znowu ten administrator www. Co on wyczynia na moich
stronach!? Przestawił mi w biogramie daty. Teraz mam 2006 lat.
Trzeba jednak się wypróżnić.
Pukanie do drzwi. Mało, kurwa, telefonów!?
W progu młody poeta z Sosnowca. Najarany zupełnie. Dymi kopciuch z
trawą.
– Trawa, grass, ganja, skun – szepta do wycieraczki.
Pogrzeb głowy w berecie. A za nim drugi młody poeta. Jego cień. Też
tenor. Ten po kleju, z pustą puszką. Nie ma już w Sosnowcu kopalń.
Więcej poetów niż mieszkańców. Oblegają Zamek Sielecki i Urząd
Kultury. – Dajcie mi popisać spokojnie – proszę poetów z
Sosnowca. – Chociaż kwadrans – wpuszczam ich, nie wpuszczam.
– Trawa spalona, klej wywąchany. Potrzebujemy hajcu!
Na mąkę. Musimy ćpać, pisząc. – Zawisł nad nami nietoperz poezji –
napierają nerwowo. – Tu zwisa gacek, tu, metaforą rękoskrzydłą. To
halogen ze ściany? – Rzeczywiście światło jakieś – dziwi się drugi
za pierwszego. – Nasz nietoperz nad Kiepurą. Czerwony w
ultramarynach. Ultrafiolet. Słyszysz, jak śpiewa? – zwymiotował
pierwszy żółto.
Jednak nie wpuszczam. Niech rzygają przed
progiem. Lecz tłumaczę niewpuszczenie. Jestem dzisiaj elegancki.
Mówię wolno przez kukloka, przez drzwi całe:
– Wczoraj poznałem właściwą kobietę. Blond z kasą.
Dla mężczyzn na poziomie. Dla kreatywnych i czułych. Takich jak ja.
Panią mecenas! Chce wspierać twórców finansowo. Ma za duży kapitał.
Kont od licha i trochę. Przeszkadzają jej miliony w tysiącach. Nie
wie co robić z setkami. Poznałem ją przez przypadek. Spacerowała
przed gablotami Teatru Śląskiego. Zbyt silne mięśnie
strzałkowe. A ja stałem między gablotą a gablotą, czekając na
tramwaj. Przejechał jeden, drugi… dziewiąty. Dalej stoję. Jakiś
stupor, obniżona przytomność. Bliżej snu o nienapisanych książkach,
obrazach nienamalowanych, o rzeźbach niewyrzeźbionych. Było mi
smutno z tymi myślami. W końcu podeszła z pytaniem: „nie masz na
bilet?” i poszliśmy do teatru, w puste rzędy, na monodram, nie
pamiętam jaki. Dziś muszę ją zgwałcić. Dla szmalu. Dla promocji
moich bohaterów. Dla mojej prozy. Dla wizerunku. Ona chce
zgwałcenia. Napisała scenariusz zbliżeń. Mam ją w kancelarii rzucić
na dywan, w częściowo rozpiętym płaszczu, zsuniętym na łokcie, tak,
aby nie mogła ruszać rękami. To ją podnieca. To obezwładnienie,
wiązanka. Wyzwala pragnienia z dziecięcych lat. Do starszych braci.
– Przestań walić okiem we wziernik. I tak was nie wpuszczę –
wołam do kukloka. – Zaraz pędzę do bogatej. Gwałcić! Na niby. Nie
mam czasu dla naćpanych – kucnąłem przed dziurą dla klucza i tam
artykułuję, w drugie oko: – A po ujeżdżaniu pani mecenas potruchtam
na ślub dawnej kochanicy. Byłej modelki. Używałem jej ciała jeszcze
w PRL-u, kiedy tylko malowałem, rzeźbiłem. Chociaż często mi się
śniło, że piszę powieści. Lecz po obudzeniu – sztaluga, kawalet,
farby, gips. Nie miałem wtedy biurka. Ani stołu. Krzesło jedno do
prasowania skarpet przed wyjściem do naszego Klubu Stowarzyszeń
Twórczych. Przed hoc, hoc z jakąś architekt od osiedli robotniczych,
albo hyc, hyc z jakąś scenograf od widowisk dla robotników. Nie było
wówczas Internetu, randek.pl. Rżnąłem w klubie, co zastałem, co
przyszło – opowiadam oczom we wzierniku i w dziurze dla klucza.
„Góra, dół”. Patrzą wespół. Nie widzą. Zwarzone źrenice. Hasz bez
poezji. Czy ja mówię zajmująco? Nie za
dużo? Jakbym pozbył się kamienia z czterech zębów, z obu nerek i z
pęcherza jedynego. Wiem, że za dużo, ale nie umiem się zatrzymać
Nawet podczas EKG, badań przepływu wieńcowego. Mam niewydolność w
tamtych spodniach. Muszę mówić całą dobę. W pracy, w śnieniu.
– Daj na kompot! – Daj! – tłuką we drzwi ćpuny
głodne. Wierszorób z nierobem. Kurwa, wystraszą psa. I to nie
mojego. Przychodzi do mnie na obiad. Na kotlet schabowy albo na
kotlet z ziemniaka. Specjalnie wylazłem na ulice. Na targ, aby psinę
ugościć, a oni przeszkadzają mu w pogryzaniu. Na pewno kundlowi
skoczyło ciśnienie. Bo mnie z pewnością. – No proszę, 100 na 170
– zmierzyłem Ewy elektroniką. Sam sobie zmierzyłem. Bo
Ewunia bratu mierzy i bratowej, wszystkim mierzy, tylko nie mnie…
i 130 na 180, przez taką sytuację. Na szczęście pojawił się
drugi listonosz, od poleconych, i wysłał poetów do Urzędu Kultury. –
Tam wam dadzą zapomogę i na wydrukowanie waszych arcydzieł. Będzie
mąka zamiast książek.
Pokwitowałem dwa listy i czytam. A potem oglądam. W
pierwszym radosne pytanie: „Ukradli ci pióro?”. I moc pytajników.
Półtorej strony jedenastką. A w drugim liście metalowy gryzak z
dopiskiem: „W sam raz dla paszczy Durskiego.” Kto to, kurwa, mógł
napisać? Klnę coraz częściej. Kto mi ofiarował ten prezent?
Ołów zamiast irydu? Aby rozładować się, przymierzam powieść do
szuflady. Wpycham drewno w drewno. Z rzeźbą poliestrową gorzej
pasuje. Do niczego nic.
Zaś ta Kula smrodu. Były cenzor zapłakany.
Wpisano go na „Listę Wildsteina”. A on tylko szkolił młodych
cenzorów. Tak ładnie ganiali z pieczątkami. Tacy raźni kontrolerzy.
Taka młodzież PRL-u. Świeże dupy do zdupczenia. Smród ze słuchawki
przeokropny. Pukają łzy śmierdzące. Jak to głośno stuka. Ewuś
wietrzy nasze M. Lubimy przeciągi po telefonach.
Ale i tak mi niedobrze. Pomieszała się intuicja z
intelektem. Cmokają się, pędząc. Biegam w kółko i całuję w kwadrat.
Pod stopą wiersza moja twarz. Rytmiczne wersy w paluchach.
Mejluje trzeci pisarz. Dostał Grand Prix w
międzynarodowym konkursie Zaolzie – Śląsk. Uskrzydlony płetwami, z
pijawką na oku, płynie w cień sieci. Nie patrzę w pulpit
krystaliczny. Tylko w lustro Ewusine. Lepszy mój portret, moja
starość od tych opowiadań o węglu. Zakładam togę. Zwisa luźno.
Zamiast pośladków chudy wiersz. Skóra biała z liryzmem. Staję się
sędzią dla mecenas. Jej mężem, tym, kto wyrokuje. Jego toga, jego
biret, jego niechęć do zasad.
– Po zgwałceniu kauzyperdy kupić kwiaty i w
taksówkę. Prędko na ślub Qunh – utrwalam na głos kolejność robót.
Zachrzan i zapieprz. Tarty bardzo. W punkcie G. – Moja modelka z lat
sześćdziesiątych wychodzi za Azjatę. Znalazła mój e-mail, tydzień
temu, i zaraz opisała narzeczonego. „Biały Wietnamiec, po
Amerykanach, biznesmen od bawełny. W zwodzie tylko pięć ceem. Ale ma
żółtych braci. Od krabów i krewetek. Te same wzwody. Ilość w jakość.
Zadowolą Europejkę kumulacją żółtego. Poczuje w kroku Indochiny.
Jedną setną Azji”, uśmiechnęła się znakiem.
– Po co mi o tym pisze?
Co mnie obchodzi jej krok? Po czterdziestu latach. Ważne, że ma moje
obrazy. Że zobaczę je jeszcze. Superrealizm, iluzja iluzji z
abstrakcją kinetyczną, ruch figur. Wszystko z naszych aktów. Widzę
te prostokąty w mózgu – gadam teraz do siebie. Uwielbiam
rozmawiać z inteligentem. Z główną postacią moich książek.
Te płótna, dwa na trzy metry, olej przy oleju niepodobne do
niczego, i to studium kredką młodej anakondy. Modelka owinięta wokół
malarza. Narysowałem purpurowy syk.
– Musisz go dotknąć przyrodzeniem. – W żółtej
sypialni. – telefonuje i telefonuje panna młoda. Nie powiem
stara. Będę dalej ą, ę. Przybiłam barwy do sufitu. Plafon nad
wodnym łóżkiem. Będziemy fruwać i pływać.
Mejluje dramaturg. Igrek. Właśnie wytrysnął z
depresji. Uzdrowiła go wiadomość o samobójstwie przyjaciela. Żona
zmarłego sama. „Muszę ją po”, wchodzi w seksualny wyż. W manię.
Coś nie tak wykasował. Widać po literówkach, że napisał
„popierdolić” i poprawił na „pocieszyć”. „Zrobię kilka sztuk o
samobójstwie przyjaciela”, zwierza się z pomysłu. „W każdej zabiję
go inaczej”, zamienił wysokość czcionki z czternastki na
dwudziestkę.
Po południu z mecenas, w jej w kancelarii.
Niepotrzebnie założyłem sędziowską togę. Kostium
pisarza. Niepotrzebnie upiększyłem swoje zwłoki.
Niepotrzebnie przeglądałem się w lustrach Ewy, wklęsłych i
wypukłych. Chudy, gruby przebieraniec. Ona, mecenas,
zechciała mnie nagiego, mnie 60+, ale z młodym wydawcą. Sama
rozebrała się w wierszu do liter. I sama w kancelarii na artykule.
168 z trzema paragrafami. Była bez płaszcza. Przyznam się, że to
mnie troszku rozczarowało.
Kopuluję od kilku minut. Z całym wydawnictwem.
Dajemy z siebie wszystko. Zamieniam się w człon. Wydawca też
bliski przemiany. Nawet podoba mi się mecenas. Mój adiustator
podłużył jej nogi. Szczuplejsze teraz w kolanach. Niezła jest w
złożeniu łydki z udem. A redaktor techniczny nagrywa seksgrupę,
wzmacniając powtarzane głoski. Powtarzane w kółko, połykane elipsą.
Już w tchawicy zamiast w krtani. Ten rytm w pokarmowym. Podkreśla
samo rzężenie, chrap i świst, aby nie powiedziała pani adwokat, że
nie wywiązaliśmy się z umowy przedwstępnej. Opadam wreszcie na
klepki parkietu. Obok leży wydawnictwo.
Mecenas w śląskim niebie, wniebowzięta, na biurku,
krwawi ze stawów zawiasowych: – Za to dostaniecie co najmniej sześć
lat. Znajdę dla was najlepszego prokuratora, a najgorszego adwokata.
Za to narwanie mi kolan. Wyglądam jak aresztowana po przesłuchaniu.
Chyba, że dojdziemy do ugody. Że będziecie mnie dalej wydłużać. Na
Targach Książki, w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu. Proponuję na
międzynarodowych Salę Mickiewicza i Salę Puszkina, te pięknie
rzezane stoły…
Zadzwoniła na komórkę śmierć: – Do jutra, Durski!
Jutro pokażę ci coś ważnego. Honor pisarza. Artysty. Ale zabaw się
jeszcze na weselu. To twoja ostatnia noc.
Już po ślubie białej z żółtym. Teraz tylko wielkie
żarcie. No i można z panią młodą. Jej rodzice już pijani. Śnią o
córce. Jakieś niezdrowe wspomnienia. Matka z córką, ojciec z
córką. W kolorach Katowic. A pan młody z amebami śpi na
teściach. Czka co chwilę nowej matce prosto w śnienie pierwotniakiem
otorbionym. Pani młoda ze mną tylko. Zbyt drapieżna. Włosy w
pióra karminowe. Paznokcie w pióra indygo. Rzęsy w pióra złote.
Między keratyną nowa skóra. Po operacjach plastycznych wielki ptak z
Indochin. W dziobie kolczyk indolina. Każe mi siebie ostro pierzyć.
A ja jestem od pisania. Nie mogę tyle na
tapczanie falującym. Za dużo wody w materacu. Zatopione jedno
skrzydło. Drugie skrzydło. Cała para. Nie mam drugiej. Wykończony w
kancelarii. A ta w piórach, znowu na mnie. Kim ona teraz jest?
Przecież nie modelką. Może związkowcem w Konfederacji Pracy
Wietnamu. W tym monopolu czerwonym. A może jest pracownikiem
ambasady w Hanoi?
– Jestem
anatomopatologiem. W szpitalach w Da Nang.
No to schodzę. Ona słyszy moje myśli. Noc pochyła.
Głupio tak w ostatnią z anatomopatolog. Mógłbym z Ewą się potulić. Z
internistą. Powiedzieć dobrej, że ją kocham. Jutro spadnę z
wysokości. Boeing już kołuje.
Co chwilę przychodzą esemesy. Nasze poetki
wojewódzkie zawracają znowu głowę. Dużo ciała zawracają. Coraz
trudniej kopulować. Podziwiały księżyc w Rawie. Taki
czarny. Ale on zszedł za głęboko. One za nim, z eseistą. Nie
pamięta, stary bardzo, co napisał, gdzie napisał, z kogo buchnął
trochę tekstu, tytuł cały. Proteza prącia uniesiona. Zardzewiały
trup penisa. Pisze w falach protezą. Rytuje w metalowych rzędach.
W ilu wyrył? Nie płaci redakcja od linijki. Nic nie płaci.
Wracam z wesela. Po spółkowaniu z
anatomopatolog, po rozmowie z przeznaczeniem, drzewa mocno
popychają. Wlokę księżyc wyłowiony. Czarno, czarno. Bliżej domu.
Bliżej okna.
Dzisiaj lecę samolotem. Wolałbym położyć się na
chodniku. Podróżować niżej. Płyta za płytą. Beton dla pisarza. Muszę
pędzić do Europy. Szukać siebie. I tłumaczy. Pragnę, aby moją prozę
przełożono na angielski, na hiszpański…
Będę udawał pilota. Chcę być kimś. Mam już wytrych do kokpitu.
Widelec weselny.
Na lotnisku Pyrzowice coraz dłuższa kolejka. Po
śmierć w samolocie. Czeka już na pasażerów. Siadają turyści w
bajpasach, ze sztucznym odbytem. Papieru tren toaletowy. Zaprasza
nas do ostatniego walca. Wysoko w chmurach.
Lecimy nad Europą. Z komórki światło. Pora
umierać. Żegnam się przed wybuchem.
Jezu, daj kawałek nieba, widny ogród do pisania,
Ewę Habrowską z parasolem cieni. Możecie mi Tam podawać herbatę.
To nie bluźnierstwo tylko szczery tekst do Jezusa i do Ewy. Dobrych
dla mnie w wolnych chwilach.