|
EVA SOMORJAI
Rozdział IV
Dzieciństwo, unieważnienie
(Mariacka Jacka Durskiego)
- fragment pracy doktoranckiej.
Autorem powieści jest osoba urodzonego w Poznańskiem
pisarza a zarazem realizującego się artysty, malarza, rzeźbiarza
ściśle związanego ze Śląskiem, choć od lat mieszkającego w Zagłębiu
Dąbrowskim, Jacka Durskiego. Oficjalnie zaistniał w świecie literackim
w 1997 roku tomikiem prozy poetyckiej Wśród krzywych luster
oraz opowiadaniem Podstawówa. Wydana rok później powieść
Mariacka spotkała się z przychylną opinią krytyków i czytelników,
co znalazło swe odzwierciedlenie w przyznaniu Durskiemu pierwszej
nagrody na Trzecim Konkursie Literackim im. Stanisława Grochowiaka.
Sam autor twierdzi: „piszę właściwie nieustającą autobiografię o tym,
co jest tak mocno osadzone w trudnych realiach mojej przeszłości”.
Maria Jentys podkreśla, iż „Lustra są zawiązkiem, (...)
przygotowaniem do większej, ostrzejszej, pełniejszej kreacji”,
jaką jest Mariacka. Sugeruje ona, że obie powieści należy
przeczytać jednym tchem, co niewątpliwie daje pełniejszy obraz, pomaga
uchwycić i zrozumieć świat zachowany w meandrach pamięci
bohatera-narratora, noszącego tożsame imię z autorem. Mariacka,
to „narracyjny powrót, mało nostalgiczny, dojrzałego człowieka w sferę
dzieciństwa. Dorosły narrator posłużył się figurą siebie jako dziecka,
by skonfrontować dwa światy: własny i dziecięcy oraz świat dorosłych i
przyjrzeć się, które momenty i w jakiej mierze wyznaczały jego obecną
sytuację egzystencjalną.”
Sięga on wspomnieniami do przełomu historycznego, kiedy terror
brunatny oddaje miejsce totalitaryzmowi czerwonemu, w którym to
przełomie biorą początek dzieje życia małego,
zaledwie kilkuletniego Jacusia. Urodził się on w
Poznańskiem a na Śląsk przybył pociągiem wraz z rodzicami. Klimat
powieści składającej się z dwunastu scenek wprowadzają pierwsze dwa
zdania początkowej odsłony: „Urodziłem się w złym czasie. Napadli
mnie faszyści i komuniści” (M 7). Pierwszy rozdział jest jakby
streszczeniem następnych, zawarte są w nim wszystkie ważniejsze
aspekty życia wyrywkowej biografii, rozwinięte w książce.
Świat po przyjeździe
zamyka się dla bohatera. Lata młodzieńcze spędza on w domowym „azylu”
przy ulicy Mariackiej. Właśnie ta ulica staje się dla niego punktem
centralnym, przestrzenią w roli kamertonu dla przeżyć psychicznych.
Tytułowa ulica
śródmieścia Katowic stanowi tło rozpinające dzieciństwo „pomiędzy
dworcem kolejowym z jednego, a kościołem z drugiego końca.”
Pomiędzy ujętymi w owe ramy latami dorastającego młodzieńca, można
wyróżnić trzy główne pierwiastki, splatające się ze sobą, stanowiące
ingrediencje powieści: pierwszy można ująć jako skupiający się wokół
spraw i sprawuniek rodzinnych wątek, związany z ogniskiem domowym;
drugi koncentrujące się wokół scenerii ulicy Mariackiej z jej
nieodłącznymi elementami dnia codziennego; trzeci, specyficznie
imaginacyjny, rozgrywa się w wyobraźni dziecka.
Przestrzeń, która zostaje mu wydzielona jawi się w swej
istocie olbrzymia, niezgłębiona: jej wewnętrzne rozplanowanie i
struktura przypomina labirynt obcy, chłodny, nieoswojony.
„Pędziłem przez pusty korytarz, pokoje, udając parowóz” (M 8).
Mieszkanie, początkowo świecące pustką, stopniowo zaczyna się
wypełniać landarami, meblami sprowadzanych z obcych domów. Lecz oprócz
cudzych mebli, już w pierwszych chwilach schronienie to zaczyna się
zagęszczać całą gamą krewnych, ciekawych nowego nabytku. „Co wieczór
złaziły się ciotki-raczyska” (M 8). Przestrzeń się więc zaludnia i to
nie chwilowo, akcydentalnie, ponieważ taki stan rzeczy ma się
utrzymywać z mniejszymi przerwami. Na ulicy Mariackiej pod numerem 18a
toczy się permanentne rodzinne przyjęcie, „zamiast jednak dyskusji na
temat kształtu życia społeczno-narodowego (jak choćby w Weselu,
Oziminie, Popiele i diamencie czy Miazdze) przyjęcie
okazuje się kwintesencją rzeczywistości patologicznej”;
zamiast mądrych rozmów, wymiany poglądów, z których mógłby młody
bohater coś wartościowego wynieść - brednie i prymitywne strzępy
dialogów suto zakraplanych „Starowinem”. Przyjęcia opisane w
Mariackiej kończą się na ogół na libacjami, pijaństwem. Jacuś
tkwi więc w przestrzeni na wskroś ułomnej, trefnej i sytuacja ta
stanie się punktem wyjścia, implikując poczynania ukierunkowane na
kreowanie alternatywnej rzeczywistości, przywoływanej na zasadzie
zastępczości.
Natomiast ta przeżywana, powoli zapuszcza korzenie w
chaosie, staje się nieoswojona. Brak uporządkowania, ładu tamuje
ewolucyjność, stopniowe wtajemniczenie w byt. Próby zaznajamiania się
z przestrzenią sprowadzane są do jedynego celu: aby ustalić status
ontologiczny imago mundi, obrazu będącego wynikiem apercepcji
indywidualnej. Przy czym owa przestrzeń, stająca się dla młodego
bohatera, skutecznie przeistacza się jakby w pewien rodzaj instytucji
totalnej.
Młody bohater nie
znajduje oparcia także w rodzicach. Nie spełniają oni praktycznej
funkcji opiekunów i nie są w stanie zagwarantować mu bezpieczeństwa
duchowego. Jacuś nie potrafi zrozumieć w drodze racjonalnych dociekań
postępowanie najbliższych mu osób: „Nie rozumiem, czym matkę
drażnię. Dlaczego mnie nie kocha, chociaż przynoszę ze szkoły piątkę
za piątką. (...) Nie mam ani ojca, ani Boga, aby obronił mnie przed
Eisengraeberem” (M 107). Ponadto despotyczna matka terroryzuje go,
strasząc samobójstwem. Wykazuje całkowity brak empatii wobec syna,
wskutek czego porozumienie staje się praktycznie niemożliwe.
Między bohaterem a
środowiskiem macierzystym utrzymuje się napięcie prowadzące do
emocjonalnego rozchwiania i stan ten, jako czynnik pozwalający wywrzeć
wpływ na synu oraz jako doskonały środek kontroli nad nim, mający na
celu obezwładnienie poddanej osoby, jest wykorzystywany przez matkę. W
efekcie ów proces wiedzie do deprawacji osobowości: bohater posiada
ograniczoną możliwość kontrolowania się ze światem, podejmowania
samodzielnych decyzji.
Matka stosuje szereg zakazów, rozkazów będąc przekonana o efektywności
swojej metody wychowawczej; zabrania synowi kontaktów z rówieśnikami,
zakazuje wychodzić na podwórko, twierdząc, że „oni mają wszy” (M 10).
Innym razem ucieka się do szantażu: „Chyba dziś umrę, a jeśli
zejdziesz do tych niegodziwych bachorów, to umrę dzisiaj na pewno”
(M 98). Każe czytać Homera, Szekspira, Wergilego i Dantego, niekiedy
na głos, aby nie mógł udawać, że czyta. „Tak cię naszpikuję Szekspirem
-pociągnęła matka dwa łyczki - że nigdy nie spojrzysz na Wasilewską.
Będziesz wolał patrzeć na puste kartki” (M 130).
Egoizm matki sięga apogeum w kilkakrotnie
ponawianej próbie demonstracji samobójstwa, należącej do jej
instrumentarium terroryzowania otoczenia, gdy oznajmia, iż „otruję
siebie i Teodorka. No i Jacusia, i tak nie chciałby żyć beze mnie, mój
kochany syneczek” (M 136). Lecz mimo negatywnych rysów przeważających
w portrecie tej kobiety, bohatera cechuje swoiście ambiwalentny
stosunek wobec niej. Przejawia się to w wewnętrznym imperatywie
ratowania jej z prób samobójczych polegającym albo na podawaniu
odtrutki, w postaci kropli walerianowych albo na szarpaniu się, gdy
ona w przypływie histerycznego amoku rzuca się do okna.
Stosunek Jacusia do
swojego ojca także nie jest nacechowany jednoznacznością.
Niewątpliwie kocha go, darzy należytą estymą, i chciałby go widzieć
jako silnego pater familias, lecz on zamiast stanąć w obronie
syna, gdy ten go potrzebuje, „ucieka tchórzliwie przed prawdą o żonie,
domu, małżeństwie.” Bohater ma żal i pretensję do ojca: „Znowu mnie
zostawiłeś (...) zawsze tak robisz, aby być daleko ode mnie.
Tak ci najłatwiej” (M 42) - obwinia go w myślach. Z drugiej
jednak strony należy zauważyć, iż jest on skłonny do idealizowania
postaci ojca, przyrównując go do Rycerza o Smętnym Obliczu,
wyśmiewanego i wyszydzanego Don Kiszota, zdając sobie jednocześnie
sprawę z indolencji „chorego z idei” (M 97) walczącego nadaremnie,
gdyż „nie ma nawet czym żgać jutrosińskich wiatraków, bo zapomniał
wyjąć dzidę z naczelnego” (M 98). Ojciec dąży do tego, aby jak
najwięcej przebywać poza domem, przez co wyrzeka się roli demiurga,
wycofuje się, przejawiając poczynania wręcz eskapistyczne,
co prawdopodobnie ma niebagatelny wpływ na dziecko.
Najważniejszym
fragmentem Mariackiej, za który pisarz otrzymał pierwszą
nagrodę w Konkursie Literackim im. Stanisława Grochowiaka, jest
zajmujący dwa rozdziały opis Pierwszej Komunii Świętej bohatera, a
ściślej sceny koncentrujące się wokół przyjęcia rodzinno -
towarzyskiego, odbywającego się w kamienicy na tytułowej
ulicy. Dzień przed komunią zjeżdżają się bliscy i dalsi
krewni z całej Wielkopolski i pozostają ... trzy tygodnie.
„Komunijna feta. Wpupionych w fotele, ponatykanych smacznościami
podlewa lepsza służąca mocną wódką. Czerwienieją z wysiłku wujowie i
ciotki” (M 42). Zbierający się kognaci składają się na mozaikę
groteskowo nakreślonych osobowości, którzy po prostu są; „nie
współtworzą akcji powieści, nie zyskują autonomii, nie powierza się im
żadnych szczególnych funkcji.”
Rodzina matki –
składająca się z ludzi wyuczonych (znajdziemy wśród nich filozofa,
psychologa, artystę), a więc pretendujących do miana inteligencji –
daje świadectwo całkowitej degrengoladzie, duchowej zgnilizny. W takim
towarzystwie bohater czuje się dysfunkcjonalny i przeczuwa, że
otaczający go system moralny prezentowany przez rodzinę, jest
chybiony. Nie może się doszukać wśród nich prawdziwych autorytetów,
zresztą i tak jest zanadto wrażliwy i jak na wiek emocjonalnie
bardziej dojrzały, aby uległ wzorcowi drobnomieszczańskiej etyki, jaką
można przypisać owej wspólnocie. Postawa środowiska wywołuje negatywne
oceny wnikliwego obserwatora. Jacuś, zmuszony do brania pasywnego
udziału w uroczystości („Stoły złożone d l a m n i e w podkowę, a
przy nich krewni matki” [podkr. E.S.]) przez apodyktyczną matkę,
osaczony w swoim mieszkanio-więzieniu, z żabiej perspektywy
przypatruje się poszczególnym przedstawicielom nad wyraz rozgałęzionej
rodziny.
W całym przedstawieniu
teatralnym główną rolę odgrywają dorośli, a jemu pozostaje pełnić
funkcję widza, z której wywiązuje się znakomicie. Okiem Argusa
podpatruje jednostki tej menażerii, na nikim nie pozostawiając suchej
nitki. „Rodzina małego Jacka znalazła się pod dozorem szczególnie
krytycznie usposobionego obserwatora, którego można posądzić o
zgryźliwie wolteriański charakter, a przy tym zdolność przypatrywania
się rzeczywistości przez powiększające rabelaisowskie okulary”
– zauważa trafnie Mieczysław Orski.
Wydaje się że owe groteskowo-absurdalne spojrzenie
ze strony bohatera ma swoje głębokie uzasadnienie w mechanizmie
obronnym, jako odpowiedź na gnębienie i – w odczuciu dziecka –
moralne molestowanie. Stosunki obyczajowe, panujące podczas
spotkań raptem przechodzących w biesiadę familijną są zdominowane
przez taki zestaw cech, które napawają odrazą, budzą
odruchową abominację młodego bohatera, przyszłego artysty. Dostrzega
on bałamutność, gnuśność, nienawiść, głupotę, przede wszystkim
głupotę i zakłamanie. W gęstniejącej przestrzeni potrzeba
rozbrojenia emocjonalnego napięcia wymusza zakomunikowanie swego stanu
świadomości, uzewnętrzniania się: „Nie wytrzymam tego, rzucę się na
zapchany pysznościami stół i zatańczę – zbiły się myśli w czerwony
kłębuszek. – Zrobię to mamie” (M 42). Groteskowe opisy postaci,
odbite w krzywym zwierciadle, są wprawdzie bezlitosne w ujawnianiu
moralnych słabości, ale świadczą o czystym, pozbawionym uprzedzeń
widzeniu. Lecz żaden przewijający się przez mieszkanie człowiek nie
jest obiektem tak wzmożonej nienawiści jak powieściowy bête noire,
niby-wujaszek: Eisengraeber. Jest on obecny w niemal każdej opisywanej
scenie i wdziera się w myśli bohatera. Kochanek matki funkcjonuje w
świadomości Jacka jako perfidny uzurpator miejsca ojca, zarysowany na
niezwykle antypatycznego chama, chowający swe mocno zakorzenione
kompleksy pod osnową teatralnych gestów i zachowań. W świecie chłopca
jest on uosobieniem największego zła, które ma sposobność widzieć w
scenach nieprzyzwoitych i odrażających:
„Jego kroki idą. Stuknęły w łazience. Lęk. (...) Wszedł do sypialni z
ciężką cholerą. Zachwiał się na środku pokoju, zachwiał się nad nami.
(...) Pijana matka i pijany Eisengraeber. (...) Szamocą się pijani.
Kopią w czerwonych betach” (M 24). Albo: „Umieram – zaśmierdziało z
ust matki. Stęknęła: - Naprawdę umieram - i wymiotuje żółcią prosto w
oczy Eisengraebera” (M 25). Te i podobne scenki, pęczniejące od
przemocy, z udziałem lubieżnego i wulgarnego pamfila w oparach
alkoholowych, stały się nieodłącznym elementem koszmarnej
codzienności.
Podłość jest pochodnym
elementem niedowartościowania. Każdy człowiek, od wczesnego
dzieciństwa poczynając, musi wykazać się w świecie społecznym pewną
wartością, jakie wymaga od niego życie zbiorowe. Zazwyczaj jako
kryteria oceny przyjmuje się awans społeczny lub zawodowy, albo
przynależność do wysokiej klasy społecznej. Matka Jacusia oraz jej
krewni są „urodzeni ze srebrną łyżką w gębie” (M 29), lecz wojna
pozbawiła ją majątku. Ojciec z kolei jest naukowcem, niezadowolony z
posady dyrektora fabryki, nawet Eisengraeber podkreśla i
wykrzykuje swoje wykształcenie „Jestem inżynierem, psiakrew!” (M
91). Ich kompleks niższości udziela się także bohaterowi:
„A ja jestem głupi i słaby. Nie rozumiem wierszy Chudego,
po jaką cholerę lazł do środka Ziemi zamiast pojechać do Oświęcimia.
(...) Nie umiem mocować się z kolegami ani bić się naprawdę. (...)
Jestem nikim” (M 107 i 108). Stwarzanie alternatywnej
rzeczywistości służy jako mechanizm rekompensacyjny, choć wiadomo, że
nie jest on w stanie zniwelować poczucie niższej wartości ponawianej
przez świat zewnętrzny, gdzie słabość, mierność i wadliwość osoby są
ochoczo
ujawniane.
Główny bohater tkwi w
bagnie moralnym, „w piekielnym kręgu matki, w kwadracie z
Eisengraeberem”, jest otoczony zmanieryzowanymi typami własnej
rodziny i z tym „obszarem nienormalności usiłuje prowadzić nierówną
walkę.”
Nierówną nie ze względu
na swój wiek, lecz nierówną co do obranego sposobu: polem walki jest
kartka papieru, a zamiast po miecz – sięga po farby. Ołówek, kredka,
narzędzie, przy którego pomocy Jacek uzewnętrznia się, można
rzeczywiście potraktować jako symbol włóczni, pełniący dwojaką
funkcję: służy do rysowania, do tworzenia, przedstawiania stanów
emocjonalnych oraz jako doraźny sposób, kiedy pod wpływem kulminującej
się nienawiści do niby-wujaszka wkręca mu w ucho ołówek. W tym miejscu
należy zwrócić uwagę na literackie pokrewieństwo zachodzące między
omawianą powieścią a słynnym dziełem Szekspira. Podobny motyw pojawia
się bowiem w Hamlecie, kiedy Klaudiusz wlewając truciznę do
ucha ojca młodego księcia, uśmierca swego rywala.
Bohater w swym
rozgoryczeniu ucieka się także do radykalniejszych narzędzi mogących
służyć jako broń. Są to brzytwa ojca, za pomocą której postanawia się
rozprawić z matką oraz nóż w walce z Eisengraeberem. Oto arsenał
młodego bohatera, w którym pęczniejąca nienawiść każe w myślach
uśmiercać najbardziej znienawidzonego człowieka w jego świecie. I tu
wyłania się kwestia etyczna. Kiełkująca myśl o zabójstwie, którego
pragnie dokonać na matce, budzi jednak odrazę, lęk i w konsekwencji
popada on w konflikt sumienia: „Znowu pomyślałem o brzytwie i o
twoich białych pod złotą halką nogach. Znowu boję się Pana Boga,
że tak myślę. Duszno mi. Gadam do szyby” (M 111).
Odreagowaniem na
szarą i ponurą rzeczywistość jest akt tworzenia jako swój prywatny
sposób „na grozę i straszność, na szare nic, na brzydotę i
prymitywizm, podłość i plugawość.”
Zamiłowanie do sztuki, zachwyt malarstwem pojawia się u niego dosyć
wcześnie, podczas wycieczki z ojcem: „W Poznaniu w Muzeum Narodowym
zobaczyłem wielkie obrazy. Jak w bajce przechodziłem z sali do sali,
ogłupiały od tego bogactwa. Ci malarze nie żyją, a żyją –
zatłukło w głowie okropnie. Zemdlałem ojcu pod Holendrami” (M 9).
Zachłyśnięcie się dziełami wielkich malarzy, silne przeżycie
wywołujące somatyczne objawy wyzwala w nim artystę, przymus tworzenia.
Taki typ komunikowania
się z otoczeniem nie jest jednak niepodzielnie akceptowany przez
rodzinę. Eisengraeber dewastuje jego rysunki, wykorzystując je do
celów osobistych, jakim jest czyszczenie lufki lub robienie
popielniczki, a matka zagania go do czytania, zabraniając mu
rysowania. Podczas gdy reszta rodziny lekceważy lub nie zwraca uwagi
na poczynania artystyczne dziecka, ci dwaj posuwają się do czegoś
gorszego, do profanacji: „Niby-wujaszek podarł moje rysunki. Było ich
z dziesięć tysięcy. Przestałem widzieć” (M 13). A jako że tworzenie
staje się częścią jego osobowości, w czynności artystycznej znajduje
potwierdzenie własnej tożsamości, toteż przez ów obcesowy i drastyczny
czyn, upokarzają go i zarazem pozbawiają prawa posiadania własności.
Tymczasem dziecko jest
nie do poskromienia. Przelewa na papier wszystko co kredka pozwoli,
nie ominie jego uwagi żadne wydarzenie, jakiekolwiek byłoby: czy to
historyczne, rodzinne czy też obyczajowe z dnia powszedniego.
Ważnym motywem w
powieści jest okno, przez które bohater czerpie materię do
tworzenia. Okno jego mieszkania wychodzi na ulicę wielkomiejską, która
staje się sceną życia miejskiego, jest mikrokosmosem społecznym, sferą
wolności, lecz także anonimową arterią, która przechodzi głęboką
metamorfozę.
„Realność uchwycona w relacji dziecka ujęta zostaje w ramę,
zatrzymana i zachowana jako materia do przetworzenia.”
Przez
okno ogląda świat,
podgląda, podpatruje innych ludzi, co więcej, przez okno chce
wyskoczyć jego matka (czy przeskoczyć do innej rzeczywistości), okno
tworzy ramę dla jego fantazji. „Patrzę na dozorczynię Pućsamino
liczącą kubły śmieci. Na dozorcę Pućsamino z kulą u boku. Na jakiegoś
majstra. (...) Na rynnę. (...) Zamykam okno. Narysuję te drobiazgi
z Mariackiej i w piwnicy zrobię sobie wystawę. (...) Zamknąłem
okno, a m o ż e o c z y” [podkr. E. S] (M 108). Obraz ulicy
widziany z okiennej perspektywy składa się z szarej codzienności
śląskiego świata, z drobnych imponderabiliów, a przenoszenie ich na
papier wydaje się jedyną drogą oswojenia się z ich fizyczną
obecnością. Ponieważ bohater jest uwrażliwiony na estetyczne
wartości, uporczywie pragnie piękna. Aby tego doznać wszystkimi
zmysłami, śródmieście Stalinogrodu domaga się najpierw gruntownej
przeróbki, opierającej się na mechanizmie redukcji, na unieważnieniu
jego jedyności. „Mariacka uchwycona jako widok i powidok bywa
przenoszona w sferę sztuki.”
Dekoracja przestrzeni
powinna podlegać prawom wyobraźni, nie znającym barier. Jacek patrzy
na świat okiem artysty; po drugiej stronie okna rozpościera się
przedstawienie malarskie, które jednak podlega koniecznemu
uzupełnieniu.
Przestrzeń musi być na nowo wykreowana: „Posprzątałem z Mariackiej
wszystkie brzydactwa. Wyrzuciłem razem z kurwami pijaków,
złodziei, kapusiowatych. Zostało szare nic. (...) Odrzucam
daleko przeciwległą kamienicę. Odsłonięta ziemia śmierdzi, ale
porasta trawą” (M 97). Dominantą konstrukcyjną powieści Jacka
Durskiego jest wyobraźnia, będąca furtką umożliwiającą przeniesienie
się do alternatywnej rzeczywistości, nad którą bohater może zapanować.
Potrzebę aranżacji nowego tu i teraz wyzwala zastane otoczenie,
wspólnota w którą nie ma zamiaru wrosnąć, wciąż egzystując poza nią.
„Za sprawą plastycznej wyobraźni (...) świat rozpada się na kawałki,
oddając stany depresji bohatera, by zaraz połączyć się w
przejmujące bądź rozśmieszające kolaże (...).”
Nastroje dysforyczne
potęgowane istnieniem
ułomnego środowiska ludzkiego oraz kalekiej przestrzeni muszą znaleźć
ujście w formie stwarzania świata w wyobraźni oraz na papierze. Jest
to świat zastępczy, obszar hermetyczny, niedostępny dla postronnych,
obszar schronienia umożliwiający oddech.
Imaginacja bohatera nie
zna granic; formuje on obrazy płaskie oraz przestrzenne, czerpiąc
źródła z wizualnej refleksji nieprzebranych zasobów otoczenia.
Elementy konwencjonalnej przestrzeni fizycznej, jak kościół,
kamienice, drzewa, ułożone w monotonne sekwencje krajobrazowe nie
wytrzymują konfrontacji z twórczą percepcją dziecka: „Przesuwam wzrok
po gotyckiej wieży. Po czarnym grzbiecie z czarnymi wyrostkami.
Drażnią mnie te sterczyny. Muszę coś na nich wieszać, wiązać.
Najchętniej balony, latawce. (...) kamienice, wprawdzie czarne jak
smoła, ale gdyby je tak oprószyć bajkowo bielą i złotem, podmalować im
te pierdołki nad bramami, oknami, to biegłyby z wdziękiem, trzymając
się za ściany” (M 105). Swoiste zasady kompozycyjne w modelowaniu
oblicza ulicy są niejako wpisane w konstrukcję bohatera, wszak po
zasady te sięga także w przypadku dekompozycji ludzkich ciał,
stanowiących materię do rzeźbienia: „Wczoraj na lekcji przyrody
śniło mi się pół Lucynki, nie góra, dół. Wystawało to za świeżego
pomnika. Pijany rzeźbiarz nie zauważył pijanej. Zalał Lucynkę betonem”
(M 129) albo : „Niusia zastyga w fotelu. Żółty tłuszcz z
zielonej papugi. Nieruchomieją wały i zwały” (M 124). Owa
arteterapia
jest bezsprzecznie pewną formą ucieczki z rzeczywistości.
W utrzymanym w
sarkastycznym tonie opisie galerii rodzinnej znaleźć można jednak dwie
postaci, które bohater – pomimo ich przywar – darzy sympatią. Są to
bracia matki, wuj Wincenty – artysta, „czarna owca”, który swymi
karykaturami skompromitował rodzinę, przez co został wyklęty, oraz wuj
Szymon – psychiatra. Mały bohater pyta się: „Dlaczego kocham
psychiatrę? I Wicka – aktora” (M 166), aby zaraz dać odpowiedź: „Są
tacy inni od całej rodziny. Od wszystkich. Chcą coś robić po
śniadaniu” (M 106). Pragną oni sensu i celu w życiu. Ich rebelianckie
zachowanie postponuje więzi konwencyjne, płytkie i duszne kumoterstwo.
Obserwując ich postać, po części utożsamia się z nimi, instynktownie
szuka w nich autorytetów. Z autorytetami dziecko zawsze próbuje się
identyfikować, dzięki czemu staje się ono „zdolne do identyfikacji
samego siebie, do uzyskania subiektywnie spójnej i akceptowalnej
tożsamości.”
Lgnie do nich, ponieważ wyczuwa „osobowość nie zakłamaną, intencję
działania, niezgodę na przewidywalność zachowań. Spontaniczność, wola
twórczego istnienia czynią ich przewodnikami dla dorastającego
chłopca.”
Są to jedyne postaci, które są w stanie dostrzec immanentną
wartość młodego bohatera, akceptując jego właściwe cechy. Jednak
należy przyznać sprawiedliwość bohaterowi. Emocje o znaku dodatnim
wobec tych postaci nie stanowią powodu do ominięcia ich w
skarykaturyzowaniu. Ułomność i śmieszność są tak samo bezlitośnie
wyeksponowane jak w przypadku reszty rodziny, która na to niewątpliwie
zasłużyła. Jacek jest inny i ta inność powoduje, że dostrzega w nich
„bratnie dusze”. „Chciałbym być podobny do Wicka. Różnić się
trochę od świni i od tych tutaj ciotek i wujów” (M 65). Łączy ich
ze sobą pasja tworzenia, chęć transgresji, stałego rozwijania się oraz
uznawanie podobnych priorytetów.
Trafnie zwróciła uwagę
Justyna Wciórka w swojej recenzji, iż w Mariackiej dominuje
„patrzenie poza konwencją”. Bohater uwięziony w swoim mieszkaniu
patrzy przez lufcik, szparę, przez co eksponuje szczegóły, uwagę
koncentruje na detalach, skupia się na fragmentach. Świadczy to o jego
zamiłowaniu do skrupulatności, dokładności i można przypuszczać, że
gdyby nie ta skłonność do uchwycenia drobiazgów, przestrzeń zastana
jawiłaby się pozytywnie.
Reasumując opisane
powyżej właściwości, predyspozycje i cechy charakteru, można
stwierdzić, iż bohater prozy Durskiego wykazuje pewne
analogie z postacią
wiodącą Blaszanego bębenka. Jeśli bowiem Oskar jest dzieckiem
trojga rodziców, tak Jacek dorasta w trójkącie ojca, matki oraz
przyjaciela domu. Jacek wykazuje zdolności nie tylko w przygotowywaniu
akwarelek, ale przejawia umiejętności w pisaniu wierszy, oraz
wykonaniu makietek. Obdarzony predyspozycjami artystycznymi i pod tym
względem jest podobny do Oskara, tworzącego w pozasłownym kształcie,
posługując się swoim bębenkiem, lub rozśpiewując szkło. Obaj są
transgresywni, przez co odmienni, obcy dla
otoczenia.
Maria Janion
rozróżniła cztery sposoby egzystencji Oskara Matzeratha:
dziecko, karzeł z wyboru, Puer Senex, czyli młody stary oraz
Genius loci - legenda Gdańska.
Wyłączając kondycję w postaci wybryku natury, pozostałe trzy mają
miejsce także w przypadku protagonisty Mariackiej.
Perspektywa, z jakiej obaj bohaterowie patrzą na świat ludzkiej
egzystencji, jest projekcją widzianą oczami wyobcowanych ze
społeczeństwa, znających i czujących więcej, niźli się można
spodziewać po młodych osobnikach. Oskar dorasta i żyje w świecie
brunatnego terroryzmu, podczas gdy dla Jacka staje się udziałem
komunizm. Przede wszystkim jednak łączy ich alienacja. Patrzenie na
świat z boku, dystansowanie się wobec wydarzeń zachodzących w jego
otoczeniu - jest sposobem umożliwiającym surowy osąd. Niewątpliwie
należy jednak przyznać, iż Jacuś jest „łagodniejszą” odmianą Oskara.
Ten bowiem hoduje w sobie instynkty zabójcze, skrajne poglądy,
chociażby takie jak uznawanie siebie za alternatywę Jezusa.
Jeśli przyjąć, iż
postać Oskara, jego sposób egzystencji jest gorzką i potworną
konsekwencją czasu historycznego, zachwianych norm etycznych, to pod
tym kątem traktując rozważania o bohaterze śląskiej prozy, należy
zauważyć, iż zaszło tu zjawisko sprzężenia zwrotnego. Jacuś zostaje
skażony wrogością doznaną ze strony Eisengraebera, którego potworność,
niczym zaraza przeniosła się na ofiarę, zaraziła ją amoralną
ohydą. Dlatego jest
bezlitosny i wyraża
złośliwą satysfakcję, gdy ten się dławi. Widząc cierpienie wroga,
następuje zmiana nastroju, w konsekwencji czego krajobraz ulicy
zostaje życzliwie przyjęty. Jest on ofiarą rozpadu podstawowych
relacji rodzinnych, w przeciwieństwie do Oskara, którego doświadczenie
eskalacji zła skłania do swoistego protestu, jakim jest samowolne
wycofanie się ze wszelkich konwencji i więzów międzyludzkich. Dlatego
przybiera on postać karła.
Nie da się pominąć
roli, jaką odgrywa w życiu bohatera wiara. Zwalcza on per fas et
nefas Eisengraebera, lecz w pewnej chwili czując swoją bezradność
wobec potężnego wroga, zwraca się do Boga z prośbą o uśmiercenie
Groźnego przeciwnika.
Doświadczenie chaosu
skłania do refleksji, implikuje wiele pytań podważających opatrzność
boską. Jacek zwraca się o interwencję, gdyż chaos, w jakim tkwi, staje
się uciążliwy. Relację z sacrum cechuje szczerość,
prostota, niewymuszoność; żąda aktywności wyższej siły w nadziei
przywrócenia ładu, potępienia ludzi ignorujących pierwotny porządek.
Niekiedy łagodna prośba przechodzi w nakaz, wręcz wymaganie ingerencji
Jezusa: „A Ty, Jezusku, gdzie? Dalej wisisz. Zabili Cię na tym
krzyżu naprawdę. Zejdź z tego drewna, wyjdź z kamieni i gipsów,
przestań tak cierpieć i cierpieć. Kocham Cię cierpiącego, ale
wolałbym, żebyś był silniejszy i zrobił porządek w Stalinogrodzie.
(...) Kopnij w dupę każdego” (M 25). I w tym miejscu następuje
długa lista wytypowanych osób, zasługujących według niego na
skarcenie, jak np. Eisengraeber, jego siostra, kierownik szkoły,
nauczycielka biologii, ksiądz, pijani goście... Jacek żąda więc odwetu
za popełnione karygodne czyny lub naganne według niego poglądy.
Obserwacja rozprzestrzeniającego się nieładu, stajnia Augiasza
panująca w domu wyzwala w nim nienawiść i każe się zamknąć w sobie.
Introwertyczna postawa sprzyja refleksji, zmusza do zastanawiania się
nad istotą Boga i zła, drąży tajemnicę istnienia: „Jak wygląda
dusza?” Czy dusza pozwala się przykryć ziemią?” (M 8); „Co
jest na końcu świata? Świat jaki? A dalej?” (M 12); „Czy Bóg
jest ludzki czy zupełnie inny?” (M 41).
Z plastycznej kondycji Marackiej wynika
symboliczna funkcja kolorów, obrazująca stany emocjonalne postaci
przewijających się przez mieszkanie, które zostały „obdarzone” pewnym
kolorem, analogicznie do uczuć, jakie wywołały w protagoniście. Matka
bohatera mieni się błękitem, roztacza go wokół siebie, emanuje aurą
tego koloru. „Przy białym łóżku niebieska matka. Zaraz zemdleje w
niebieskim fotelu. Wdycha coś z niebieskich talerzy” (M 14). Lecz wraz
ze zmianą humoru, ów błękit, a nawet i jasnoniebieski kolor przechodzi
w granatowy, a następnie w brązowy, by w ostateczności „z brązowej
matki stało się coś czarnego” (M 131). Równoległa zmiana koloru
zachodzi odpowiednio do nastroju. Nasuwa się pytanie, dlaczego matka
kojarzy się z niebieskim? Wszak – w powszechnym mniemaniu – jest to
kolor nieba, niebiańskości, uduchowienia, harmonii duszy
, atrybutów, których matka z całą pewnością nie wykazuje. Nawet
Kandinsky uważał błękit za „typowo niebiański kolor (...) element
spokoju.”
Co więcej, matka często jest przedstawiana w niebieskiej sukience, a
odzież w tym kolorze to szata anioła, istoty niematerialnej. Lecz
błękit wiąże się także z arystokracją, chłodem, zmiennością,
podobnie do morza.
Przypuszczalnie więc jest to przejaw uczucia nad wyraz
złożonego, fuzji wstrętu – zachwytu towarzyszącej matce, która jako
zjawisko samo w sobie, wywołuje zachwyt u syna, dokonującego w
podświadomości rozdziału: pozbawia ją negatywnych cech i pozostaje
sama forma jako zjawisko olśniewające, niczym „thallatyjska
nieskończoność”.
Natomiast z pojawieniem się Eisengraebera na plan pierwszy wysuwają
się kolory czerwony oraz fioletowy, symbolizujące głęboki lęk. Na tym
nie kończą się kolorystyczne zawirowania młodego artysty.
Na palecie malarskiej znaleźć można jeszcze
zielony oraz różowy. Ten
ostatni jest identyfikatorem ubóstwianej Irki – młodej
służącej, z którą stworzył sobie różowy świat: „Mieszkam z Irką w
różowych chmurach. Podmuchuję do Pana Boga bańki mydlane. Ileż
w nich kolorowych światów” (M 18). Bohater stwarza sobie byt
alternatywny umiejscowiony na sklepieniu niebiańskim, w którym – obok
niego – znajduje miejsce młoda służąca. To świat koloru różowego i
błękitu. Z perspektywy odgórnej spogląda w dół, na „szare kupsko” (M
19). Jednak i ten błogi stan nie trwa długo, rozpada się po odjeździe
Irki. Jest jeszcze jedna osoba, przy której bohater odnajduje
schronienie: schorowana, dogorywająca babcia, mimo choroby stanowiąca
dla niego oparcie. Jednak sprzyjający młodemu świat burzy się z chwilą
śmierci staruszki.
Odnajdywana i z mozołem utrzymana przestrzeń
nieustannie rozpada się, nosi znamię prowizoryczności, jest poddana
niepewnej egzystencji, rychłej i mogącej lada moment doznać rozkładu,
atrofii. Świat zastępczy nieprzewidywalnie się burzy wraz z odejściem
babci, później Irki – kopciuszka.
Bohater jest skazany na istnienie w ubogiej i ułomnej
faunie ludzkiej, rozpiętej między przedstawicielami niższej hierarchii
społecznej i drobnomieszczańskiej warstwy społeczeństwa. Cała nędzna
egzystencja duchowa, puste wegetowanie dorosłych, którzy wiodą swoje
od dnia do dnia sięgające życie, skazuje młodego bohatera na udrękę
samotności. Cóż on ma z dzieciństwa przy ulicy Mariackiej? W tle
paskudzi Eisengraeber, matka odkręca gaz i grozi śmiercią, a ojciec
chowa głowę w piasek. Zastana sytuacja zmusza go do przerysowania
rzeczywistości, wycofania się z niej. Po utracie oparcia w
wyimaginowanym bycie budzi się w nim świadomość „wrzucenia w świat”.
Wysiłek stwarzany na pokonanie przygodności bytowania sąsiaduje z
działaniami ukierunkowanymi na odkrycie swojej tożsamości. U niego
potrzeba wrośnięcia w miejsce przebija się ze zwielokrotnioną siłą,
ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z niemożności identyfikowania się
z zastaną Mariacką i wiążącym się z nią światem. Samotność staje się
dla niego doświadczeniem egzystencjalnym. Jest to rodzaj samotności w
tłumie, charakteryzujący się brakiem jakiejkolwiek styczności
psychicznej, brakiem wspólnej platformy porozumiewania się. Fizyczna
obecność ludzi, wśród których odczuwa obcość, wyzwala w nim dążenie do
izolacji, odcięcia się od nich i tak istotą samotności staje się
niemożność komunikacji z innymi jednostkami. Aby nie dać się pochłonąć
osamotnieniu, bohater stawia na świat
irracjonalny a ten rzeczywisty schodzi na plan dalszy. Lecz jest
między nimi nieustanna walka. Jeden bierze prymat nad drugim. Te dwa
światy ścierają się, każdy z nich jest połowiczny. Czytając prozę
Jacka Durskiego, mamy do czynienia z przednim opisem dialektyki
odejścia – powrotu. W świetle dalszych losów ulica Mariacka w
śródmieściach Stalinogrodu – Katowic pozostaje jednak punktem
centralnym dzieciństwa, wokół którego ogniskują się przeżycia. Staje
się Centrum Unieważnienia, gdzie wszystko zyskuje i traci na
znaczeniu,
oś wokół którego rozgrywa się dramat dzieciństwa.
Powieść Mariacka kończy swoista koda, jakby
pointa utworu: „Drży kamienica, chociaż nie tąpnęło w kopalni. Patrzę
na napisaną Mariacką. Na wyjęty ze mnie świat. Mój świat z
czarnymi dziurami, w których znika każda filozofia.” (M 167). Są to
niewątpliwie słowa dorosłego już narratora, spoglądającego z
perspektywy czasu na treść przeżyć ze swojego dzieciństwa, które
upłynęło pod znakiem walki z lękiem, kompleksami, ze smutkiem. Cała
Mariacka kojarzy się z pasmem udręk, z „czarnymi dziurami”.
Oryginalnie czarna dziura oznacza w astronomii hiperpróżnię, która
wsysa materię, niszczy wszystko, co napotyka na swej drodze. Nie może
naszej uwagi ominąć fakt, iż bohater-narrator użył w zakończeniu
liczbę mnogą czarnej dziury. Wskazuje to na spotęgowanie złych
wspomnień, na ich kulminację, na absolutną „kapitulację idealizmu
przed naturą”,
na celebrację smutku, złych przeżyć rodzących frustracji, wreszcie na
świadomość bezsilności jakiegokolwiek systemu filozoficznego
umożliwiającego odnalezienie spokoju ducha, prawdy życia. Na
Mariackiej wszelkie normy, wartości i wytyczne zostały
zdezaktualizowane, pozbawione racji bytu. Czarna dziura, to inaczej
czarna rozpacz, pochłania wszystkie inicjatywy, chęci zmiany, niweluje
wszelakie próby postawienia fundamentów, a źródła, z których mógłby
czerpać w przytłaczającej jałowości,
wysychają.
Całe jego dzieciństwo było zniewoleniem przez obsesje
indywidualne matki, ubezwłasnowolnieniem osobowości dorastającej i
rozwijającej się jednostki, deprecjonowaniem pokładów możliwych do
ujawnienia, wskutek czego stwarzał on sobie irracjonalne światy, w
których intuicyjnie budowany ład służył za tarczę obronną, wypierającą
groźby ataków owych czarnych dziur.
W powieści miejscami da się zauważyć negatywnie
realizowane pole semantyczne miasta w wypowiedziach postaci.
Egzystencjalna frustracja i zgorzkniałość matki wynikają z faktu
stracenia majątku na Kujawach, gdzie byłaby „jaśnie panią”. Utraty
pozycji społecznej nie może przeboleć, całym jestestwem cierpi z
przymusowego pobytu na Śląsku, wyładowując swoją gorycz w czynach i
zdaniach degradujących wartości miejsca zamieszkania, wysuwając na
plan pierwszy czynniki biotyczne. Dworuje z siebie i z miasta
nazywając się „obywatelką Stalinosmrodu” (M 136). Z jej zachowania
ewidentnie prześwieca rozgoryczenie, pretensja do losu, nienawiść do
Śląska: „Czemu to wszystko stoi? – oburzyła się matka w środku
Katowic. I takie brudne – zdarła z łowy kapelusz i w błocko. – Czemu?”
(M 7). Negatywne ustosunkowanie przejawia się także w wyeksponowaniu
atrybutów miasta, wysuwając na plan pierwszy czynniki biotyczne,
jak np. „wdycha czarne powietrze” (M 127), „otrzepuje piersi z sadzy”
(M 106). Katowice kojarzą się z szarością i brzydotą, nawet
niebezpieczeństwem zagrażającym życiu: wuj Xawery „nie przywiózł
Marysi do Katowic, bo mogłaby poronić w tym smrodzie” (M 51).
Doświadczenie chęci ucieczki matki, wiecznie niezadowolenie z miejsca
i otoczenia, nie pozostaje bez wpływu na syna.
Zjawisko zaskakujące rodzinę, tąpnięcie, tak
charakterystyczne dla terenów kopalnianych, następuje w
powieści trzy razy w sytuacjach, okolicznościach,
zapowiadających się groźnie ze względu na bohatera – narratora:
podczas uczty komunijnej. Chwilowe drżenie kamienicy przywołuje na
myśl „rękę bożą”, jakby jakaś nadprzyrodzona siła dała znać o swoim
istnieniu, uprzytamniając zgrzytające towarzystwo pojawiające się
hurmem. Pierwiastek ten, nieco mistyczny, kojarzy się z biblijną
historią o biesiadzie babilońskiej, w trakcie której król Belszazar
ujrzał na ścianie złowrogie względem niego słowa. W przypadku śląskiej
biesiady, zjawisko nader nieoczekiwane wprowadza atmosferę
rozszczepienia rzeczywistości, powoduje, iż czas się wtedy na moment
zatrzymuje i to chwilowe zawieszenie, ta szczelina otwierająca otchłań
wiekuistości, przemawia pozasłownym kształtem i skłania towarzystwo do
opuszczenia miasta: „Czas jechać – powiedział wstając wuj Szymon,
psychiatra. – Chorzy czekają w Poznaniu” (M 46).
Bohater-narrator oscyluje między światem materialnym,
który jest zdominowany przez dorosłych, a światem utkanym z nader
bogatej wyobraźni wymieszanej z internalizowanymi
elementami świata zewnętrznego. W konsekwencji Mariacka jest
aliażem tych dwóch. Nie można postawić bariery, ostro je rozgraniczyć;
jawa i sen to rzeczywistości istniejące równolegle. Rzeczywistość
dorosłych jest groteskowo zdeformowana, ale i świat Jacka jest
obszarem naznaczonym absurdem. Przez kartki przelewają się wolne
strumienie świadomości, narracja płynie z impetem, w czego efekcie
powstaje „snopisanie.”
Widziany oczami dziecięcego bohatera świat dorosłych, bazujący na
chaosie, skazuje go na marzenie o ucieczce, niemniej jest to „marzenie
arkadyjskie: tęsknota za dzieckiem prawdziwie dziecięcym.”
W onirycznych obrazach
bohater przeżywa swoje czyste, nieskażone doświadczeniami
traumatycznymi dzieciństwo, niejako „odmładza siebie”. Jest to swoisty
autyzm literacki, powstały na skutek ubogich interakcji między
bohaterem a postaciami. Będąc pozbawionym towarzystwa i kontaktów z
rówieśnikami oraz w wyniku niedostatku emocjonalnego z rodzicami,
potrzeba kreowania świata wyimaginowanego nie powinna dziwić, czuje
się on bowiem w nim i przez niego dowartościowany. „Pełne zaspokojenie
potrzeby własnej wartości osoba uzyskuje w swoim świecie wewnętrznym,
gdyż jest to ten świat, który tworzy sama i w którym rozwiązuje
problemy nigdy nie rozwiązane do końca w świecie zewnętrznym. (...) W
tym świecie nie jest wystawiona na porównania z innymi, (...) nie jest
narażona na porażki i niepowodzenia.”
Namiastka rzeczywistości podporządkowuje się jej, daje złudne – ale
jakże potrzebne – poczucie włodarzenia nią, w którego centrum znajduje
się ego bohatera, gdzie zbędna jest empatia i gdzie chimeryczne
wyobrażenia znajdują rację bytu. „Fikcja okazuje się być czymś
bardziej prawdziwym, bo pozwala na bycie sobą.”
Projekcję ucieczki wyzwala także głębokie doświadczanie
swojej zbędności względem dorosłych. Nie znajduje aprobaty osobowości
u rodziców, przywołujących go, aby w tej samej chwili anulować jako
istotę. Przeciągłe unieważnienie, dezaprobata, brak zainteresowania
nim stanowi kolejny przyczynek do rejterowania, szukania refugium
poza kontekstem społecznym swojej rodziny, będącej zbiorem typów
mieszczących się w kategorii drobnomieszczaństwa.
Są jednak znaki nadziei, choćby wyżej wspomniany wuj „Wicek,
jedyna serdeczna gęba w rodzinie matki. (...) Poszedł ze mną do
Komunii, a potem rozmawialiśmy o grzechu. (...) Chciałbym, żeby był
moją matką” (M 91). Jest on dla bohatera, używając terminu
wprowadzonego przez G. Meada „significant other”, znaczący inny.
„Dziecko utożsamia się ze znaczącymi innymi emocjonalnie na wiele
różnych sposobów. Bez względu na ich rodzaj, istnienie takiej
identyfikacji jest koniecznym warunkiem internalizacji. Dziecko
przejmuje rolę i postawy znaczących innych, czyli internalizuje je i
czyni je swoimi.”
Niemożność określenia własnej osoby oraz brak spójnej
tożsamości wynika z „nieodnajdywania się czy niezakorzenienia w ojcu.”
Można więc przypuszczać, iż dlatego szuka on namiastki rodziców, szuka
tych znaczących innych, ponieważ wchodzi on „nie tylko w stosunki z
jakimś środowiskiem przyrodniczym, ale także z dokładnie określonym
porządkiem kulturowym i społecznym, który jest mu dostępny za
pośrednictwem znaczących innych, którzy sprawują nad nim opiekę.”
Zasygnalizowana już kwestia swoistej dychotomii
ucieczki i zarazem powrotu do miejsca swego zostaje dopowiedziana w
zdaniach o pesymistycznym wydzwięku, kończących powieść Jacka
Durskiego. „Zabrałby mnie stąd któryś. Z tego kręgu matki. Kwadratu z
Eisengraeberem. Weźcie do Poznania siostrzeńca. Z Katowic na Wildę.
Żal mi będzie tylko Mariackiej. Tej ulicy rysowanej węglem. Czarnego
kościoła z tęczą. Szarych ludzi śniących kolorowo. Mnie tu” (M 166).
Przestrzeń realna jest antyformą i jednocześnie antywartością
społeczną. Młody bohater doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że
rzeczywistość zastępcza i proces kreowania jej prowadzi do
samooszukiwania się. Aby w pełni zaistnieć w czasoprzestrzeni
dzieciństwa, musiałby ograniczyć obcowanie ze sferą wyimaginowaną,
która w końcu wyblakłaby i została pochłonięta przez zastępy „czarnych
dziur”. Opuszczenie
Katowic, pragnienie odcięcia się od swych korzeni,
przesiąkniętych alkoholem i strawionym bigosem, ucieczka od
bezrefleksyjności i płytkiego wegetowania wymaga porzucenia własnych
snów, wizji, odrealnionego świata, świata wewnętrznego a i w końcu
części jego osobowości. W zdaniach powyżej wymienionych daje wyraz
tejże dotkliwej tęsknocie, żalu za ofiarą jaką wymaga ziszczenie się
chęci wyzwolenia siebie spod władzy matki i jej otoczenia.
„Postrzegając różne wartości danej przestrzeni,
jednostka świadomie lub nieświadomie ocenia własną w niej sytuację.
Ocena ta (...) polega na zdaniu sobie sprawy z najważniejszych
potencjalnych nagród i kar bądź korzyści i strat, jakie ją w tej
przestrzeni oczekują. Nagrodą może być spotkanie określonych osób,
użytkowanie (nabycie) pożądanych przedmiotów, przeżycie artystyczne,
możliwość wykonania określonych czynności, zabawna sytuacja, silne
emocje, poznanie rzeczy nowych. Karą lub stratą może być niespełnienie
założonych celów, nuda, brzydota otoczenia, zmarnowany czas,
jałowość kontaktów, poniżenie, uczucie strachu lub zagrożenia
życia. Od takiej ogólnej oceny zależy dalsze postępowanie jednostki:
jej pozostanie lub wycofanie się z danej przestrzeni.”
Opierając się na tym wywodzie znanego socjologa, należy stwierdzić, iż
dla bohatera Mariackiej przestrzeń śródmieścia śląskiego nie
dostarcza niezbędnych wartości egzystencjalnych o charakterze
emocjonalnym i estetycznym. Bilans kar i strat wydaje się być
niewspółmiernie większy, uzasadniając tym negatywny stosunek do
miasta, w którym sytuuje się przestrzeń dzieciństwa. Pragnienie małego
Jacka prawdopodobnie nie zostało jednak spełnione, czego dowodzi
chociażby lektura Luster.
Mimo smutnego wydzwięku, autor daje w swoim dziele
świadectwo umiejętności malowania piórem powieści: świat rejestrowany
wzrokiem bohatera-narratora, jest światem wielobarwnym, mieniącym się
tęczą kolorów, dowodząc o głębokim wtajemniczeniu w arkany malarstwa.
Bez wątpliwości Jacek Durski wie, że „farba to klawisz, oko jest
młotkiem, dusza jest fortepianem wielostrunowym, a artysta jest ręką,
która przez naciśnięcie jeden albo drugi klawisz wprawia duszę
człowieka w drganie.”
Informator Wydawniczy Wydawnictwa Książnica. Katowice 1999.
M. Jentys: Obraz z czarną dziurą. „Twórczość” 1999, nr 9,
s. 106.
A. Morawiec: Ekspresja. „Przegląd Artystyczno – Literacki”
2000, nr 9, s. 147.
Recenzja Henryka Wańka z prywatnego archiwum Jacka Durskiego.
A. Morawiec: Ekspresja..., s. 148.
Por. A. Bault: Jaka korzyść z wolności? O sytuacji młodego
bohatera w prozie lat dziewięćdziesiątych.
„Kresy” 2001, nr 47, s. 105 – 112.
Twierdzenie Andrzeja Stanisława Kowalczyka, iż „słówko eskapizm
jest tak niejasne, że ludzie, którzy chcą coś innym zakomunikować,
winni go raczej unikać” (Stąd do Arkadii. „Kresy” 1994, nr
1.), wydaje się zbyt pochopne i kategoryczne, wszak - po pierwsze
ma ono dokładną definicję słownikową (np. W. Kopaliński:
Słownik wyrazów obcych. Warszawa 1970), a po drugie, częste
posługiwanie się tym słowem prowadzi do zrozumienia i wzbogacenia
jego treści semantycznej.
K.
Kuczkowski: Durski&Durski. „Topos” 2000, nr 1, s. 178.
M. Orski: Urodziłem się w złych czasach. „Przegląd
Powszechny” 2000, nr 11, s. 261.
A. Kaliszewski: Hamlet z Katowic. „Suplement” 1999. Z
prywatnego archiwum Jacka Durskiego.
A. Morawiec: Ekspresja..., s. 148.
M. Jentys: Obraz z czarną dziurą..., s. 106.
A. Wallis: Socjologia przestrzeni. Warszawa 1990, s. 238 i
nast.
J. Wciórka: Chodziłem po pokojach dzieciństwa. „Arkusz”
2000, nr 1, s. 10.
Tamże.
A. Morawiec: Ekspresja..., s. 148.
A. Kaliszewski: Hamlet z
Katowic...
Słowo to funkcjonuje na psychologii, gdzie oznacza proces
pozwalający na relacjonowanie innym swoich przeżyć, myśli,
doświadczeń poprzez sztukę, gdy możliwości werbalnego wyrażania
emocji są z jakiegoś powodu ograniczone. Por. M. Piszczek:
Terapia zabawą, terapia przez sztukę. Warszawa 1997.
P.L. Berger, T. Luckmann: Społeczne tworzenie rzeczywistości.
Warszawa 1983, s. 206.
J. Wciórka: Chodziłem po pokojach..., s. 10.
Por.www.7fke.core.pl oraz Günter Grass i polski Pan Kiszot.
Red. M. Janion [i in.]. Gdańsk 1999.
A. Kaliszewski: Hamlet z Katowic ...
Por. W. Kopaliński: Słownik symboli. Warszawa 1990, s. 27.
H. Düchting: Wassily Kandinsky; 1866 – 1944: Revolution der
Malerei. Kolonia 1990, s. 41.
W. Kopaliński: Słownik symboli..., s. 27.
U. Chęcińska: Dzieciństwo i przestrzeń morza w literaturze.
Paralele szczecińskie.
Szczecin 1998, s.75.
Posługuję się terminem „świat”, zakłada on bowiem zestaw elementów
skorelowanych ze sobą, które stanowią zamkniętą całość
autonomiczną i w których rządzi prawo wyobraźni. To świat
samowystarczalny, zawierający wartość immanentną i zakładający
całość pewnych zjawisk i procesów. Por: J Szczepański: O
indywidualności. Warszawa 1988, s. 103.
M. Kisiel: Powieść fascynująca. „Śląsk” 1997, nr 7, s. 72.
A. Kaliszewski: Hamlet z Katowic...
Proces internalizacji zakłada złożone zjawiska zachodzące w
stosunkach między człowiekiem a jego środowiskiem, jak uczenie
się, przyswajanie różnych postaw oraz akceptację dostrzeganych
przedmiotów, wartości, etc. Por: J. Szczepański: O
indywidualności..., s. 83.
K. Kuczkowski: Durski&Durski..., s. 178.
Tamże.
„W Polsce termin oniryzm jako narzędzie rozumienia tendencji
zbliżonych do surrealizmu, ale znacznie od niego szerszych
zaproponował J. Kwiatkowski: to, co najcenniejsze i najbardziej
żywotne w sztuce przez ten nurt (...) reprezentowanej – to jej
podobieństwo z mechanizmami snu. Mieszczą się w tym podobieństwie
i postawienie znaku równania między tym, co mentalne, a tym, co
materialne, i przezwyciężenie wszelkich wewnętrznych sprzeczności,
i – rzecz jasna – zasada sięgnięcia do podświadomego życia
psychicznego. (...) Technika snu, poetyka snu – nie polegają one
na opisach snów, lecz na przedstawieniu rzeczywistości na wzór
marzenia sennego – należą do zjawisk najczęściej spotykanych w
sztuce XX wieku.” M. Baranowska: Oniryzm. W: Słownik
Literatury Polskiej XX wieku. Pod red. A. Brodzkiej [i
in.]. Wrocław – Warszawa – Kraków 1992, s. 760.
J. Szczepański: O indywidualności..., s. 103.
A Bault: Jak korzyść z wolności..., s. 111.
P.L. Berger i T. Luckmann: Społeczne tworzenie
rzeczywistości..., s. 206.
J
. Wciórka: Chodziłem po pokojach..., s. 10.
P.L. Berger i T. Luckmann: Społeczne tworzenie
rzeczywistości..., s. 87.
A. Wallis: Socjologia przestrzeni..., s. 30.
H. Düchting: Wassily Kandinsky..., s. 17.
|