| |
|
|
ROK
Po sylwestrze u Otrychów. Nie mogłem zasnąć. Za dużo
we mnie pragnień na ten nowy rok. Poszedłem do ogrodu z kartką i
długopisem. Lubię notować swoje myśli chodząc od drzewa do drzewa.
Coś zalśniło przed twarzą, zamigotało w sercu - wierszyk na gałązce
prozy. Mój nadmiar czy trochę Boga? Otworzył się ogród szeroko. Dla
Ciebie. Szerzej niż można na Ziemi. Oddychałem dla innego mózgu, dla
innej duszy. Tak silnie, aż zaczęło nawalać mi serce. Przeleciał
czarny ptak.
Z pierwszego stycznia zrobił się drugi. I to po
południu. Szybko do Radia. Pogadać ze Szczawińskim o moim Oknie,
o powieści w ostrych kolorach. Przeczytać mu scenkę z
dzieciństwa. Ojciec zamykał okno, a matka otwierała. Otwierane i
zamykane wiuchało firanami. Aż ustalili. Matka śpi z Eisengraeberem,
a ja z ojcem. Para na parę. Pokój na pokój. A w przedpokoju służąca.
Pan Maciek zaraz zainteresował się spaniem służącej. „Miała tam
łóżko?”, zapytał do szklanki. Po ostrych szkłach na dworzec. I w
pociąg. Zobaczyć znowu najsłodszą Ewę. Jest tak słodka lecząc cukry
cukrzykom. Mieszkam u niej sześć czy siedem lat. W mieście
Sosnowiec. Na Osiedlu Zwierzaków. Jak mi się tam nie podoba.
Wieczorem przyjechali do nas Otrychowie. Przywieźli
panią Janinę. „Matka sika krwią”, oznajmił szybko Stachu. „I bardzo
ją boli”, wykrzywiła usta Maryla. „Że nie sposób zasnąć”, usłyszałem
głos Łuckosiowej. Zupełnie inny niż zwykle. Żałość pod wymuszonym
uśmiechem. Wystraszona dziewczynka w płaszczyku starszej pani.
Pierwszy raz widziałem chorą Łuckosiową. Zawsze była zdrowa, żyła
dla innych jak pracowity anioł. I można jej było wszystko
powiedzieć, wszystko, co kłuje w duszy. O Eisengraeberku z
pogrzebaczem, o ojcu ze skrzypcami, o matce z butelką. O tym, że
mnie nie kochali. „Zaraz zawiozę panią na dyżur”, powiedziała Ewa
wyjmując z szafy dwie nocne koszule, ręcznik, ręczniczek. „Trzeba
będzie zostać w szpitalu, zrobić...”, odwróciła się na chwilę
plecami.
I robiono do dzisiaj. Przez ten długi tydzień. Szedł
do tyłu z czarnym światłem. „To rak. Chyba”, powiedzieli lekarze.
Dla niej rak? Dla Łuckosiowej?, pomyślałem wściekły na Pana Boga. To
co będzie dla złych? Dla takiego Umsiała, przestępcy z SB, który
mnie nagrywał i straszył, postawiłem się Bogu jak nigdy. Kiedy tak
pytałem, waląc pięścią po tubkach z farbami, tłukąc, klapiąc w
bryzgających kolorach - dzwonek. Znowu Jehowy, oderwałem się od
upapranego biurka, „pokażę dłonie badaczom”. A tu wesoły policjant
do mojej Ewuni. Za wesoły. Z wezwaniem do komisariatu. „Podobno
zakłóca spokój w godzinach nocnych”, uśmiechnął się znacząco. Ci z
góry, te zwierzaki, złożyli na nas skargę, że stukamy im w sufit,
kiedy oni stukają. Chodziłem po mieszkaniu jak nienormalny. Nie
tylko do przodu, ale i do tyłu. A za mną rak Łuckosiowej i hałasy
sąsiadów. Chciałem coś pisać, malować. Tylko nabazgrałem. Pędzel
pomylił sztalugę z biurkiem. Na szczęście zatelefonowali z Radia i
musiałem udawać zdrowego.
Cała noc z Ewunią. Bardzo potrzebowała pomocy.
Trzęsła się pod kołdrami i trzęsła. Aż wyrzuciło nas w kopercie na
dywan. Mimo leków nie przestała dygotać. Nie pomogły nawet trzy
bomboniery. Dopiero nad ranem opuściło ją oburzenie i machnęła ręką
na to nasze lewe prawo. A nogami na budzik, żeby nie dzwonił. Też
zasnąłem na kwadrans. Śniła mi się sprawiedliwość, powieszona na KK.
Rozdarłem poduszkę. Poszło pierze na pokój. Jakby rozsypał się mały
pisarz.
Podziwiam Ewuś. Ale ma od poniedziałku. Praca w
przychodni, gabinet, spotkanie z bratową i przesłuchanie na policji.
W tym czasie pisałem Okno. Pierwszy milicjant kopnął mnie w kark.
Nie mogłem złapać powietrza. A potem w brzuch. Poczuł przyjemność
funkcjonariusza. Widziałem z boku strzelającą nogę. Widzę do
dziś ten bucior. Tryskał radością, chodnikiem. Zasłaniając przed
wspomnieniem jaja przeszedłem od biurka do sztalug. Nie mogłem
dalej. Nie mogłem „wejść” w płótno. Nagle narodziny obrazu jak
wyspy. Wypiętrza się od środka. Gęstnieje. I jest nowy obraz.
Początek czegoś, koniec. Stoi przedziwny na zwykłej sztaludze. „Pani
doktor zemdlała”, przybiegli z gabinetu pacjenci. „Leży z
glukometrem.” Zostawiłem obraz i po poręczach z dziesięciu pięter.
Potrafię tak zjeżdżać od czasu szkarlatyny. Uciekałem wówczas przed
czerwonymi plamami.
Po godzinie jedzenia przyszła Ewuś do siebie. Doktor
do lekarza. „Bardzo mi się podobasz w zapaści”, powiedziałem do
wypełnionej. „Nawet więcej niż ta śliczna Irlandka, którą znałem...
Znałem to za dużo powiedziane. Przeżyliśmy razem pięćdziesiąt osiem
godzin od pociągu do pociągu. Też tak mdlała zupełnie. Nie miała w
sobie nic angielskiego. Nawet bęc. Podniecała mnie tym buch bez
przerwy.”
W nocy przyszła do Ewy sąsiadka Pisiakowa. Umordowana
łazęgą po bloku. Ciężkie torby z plotami. No to co, że jest winda?
Trzeba wsiadać, wysiadać. „Daj mi Ewuniu coś wzmacniającego. Muszę
jeszcze do Pelikana. Walety pobili się o jego samochód. Kupił
droższy niż oni mają. Pobili się, a on o tym nie wie.”
Czarny piątek. Tylko z rana jasny, w wydawnictwie.
Praca z Jadwigą Kwiecień nad Mariacką. Wuj Horacy
wypatrzył bogatą babę. Lecz nie wie, co dalej. Za długo był
polityczny. Cała rodzina chciała być na kartkach. Aż mnie wgięło
w papier. Tyle wujów i ciotek.
Jadąc do Sosnowca zasnąłem w pociągu i znalazłem się
w Częstochowie. Śnił mi się kamienny wagon do chowania zmarłych.
Przedziały z siedzącymi i leżącymi kościotrupami. Szedłem korytarzem
i szedłem, w coraz większym lęku. Zatrzymała mnie żywa kobieta. Bez
skóry i włosów. Przerażająca piękność. Taka seksy w czerwonych
pręgach. Wprowadziła do przedziału „dla dusz, którym nie wolno
do...” „Bilet!?” obudził mnie głos konduktorki, brzydkiej jak PKP,
ale ze skórą na dłoniach. „Gdzie mi nie wolno? Do nieba?”, zapytałem
koszmarną zjawę.
Powrót z Częstochowy niezbyt przyjemny. Bez portfela
i kilku legitymacji. „Wcięło je”, kiedy płaciłem karę za
nieposiadanie biletu. Przed chwilą wysunął mi się z szarej masy
kolorowy obrazek. To ta zjawa, ta konduktorka, wsadziła mój portfel
pod czapkę. To przez tę w granatowym mundurku wracałem ciężarówkami
„stopując” w Koziegłowach.
W mieszkaniu płacz. Usłyszałem go już na klatce
schodowej. Co się Ewie stało? Co?, omal nie wywaliłem drzwi. „Pani
Janina ma raka. Z całą pewnością. Dzisiaj widziałam wynik.” „Czy
umrze za niedługo?”, usłyszałem swój głos, jakby wyszedł ze ściany.
„Tak.” „Za...?” „Pół roku.” Umyłem się po Koziegłowach i
pojechaliśmy na Porąbkę z tą straszną wiadomością do „starych” i
młodych Otrychów. „A co będzie z Porąbką bez Łuckosiowej? Z tą
zieloną doliną. Zapadnie się w szarość do zwykłego pudełka”,
powiedziałem w samochodzie do Ewy.
Od rana w wydawnictwie. Z panią Kwiecień, z
Mariacką. Uff, wreszcie skończyliśmy „ulicę”. Dobra herbata na
pożegnanko i... zaczynamy tekst od początku. Wycinam co słabsze.
Wycinam i wycinam. Pani redaktor niezmordowana. Pracuje ze
mną, pracuje. Teraz już powieść dadzą do „składu”. Potem coś jeszcze
wytnę, a może dopiszę. Żebym tylko nie wykończył Mariackiej i
pani Jadzi.
Z „Książnicy” prosto do szpitala. Odwiedzić
Łuckosiową. Chora czuje się lepiej. Nic ją nie boli, więc nic nie
podejrzewa. „Tyle się narobiłam przy remoncie domu, a tu mogę miło
poleżeć, poczytać. Odpocznę tydzień, a potem mnie Ewa wyleczy. I
będzie jak było”, zobaczyłem na poduszkach wesoły uśmiech. Zabolał
pod sercem i w słonecznym splocie.
„Nie życzę sobie takiej śmierci. Żadnej sobie nie
życzę”, powiedziałem w domu do największego lustra. „Dziękuję Ci,
Boże, że nie jestem chory i mogę pisać”, wyszeptał strach nad
kubkiem z herbatą. „Co ci tak ciężko w głowie? Czyżbyś zrozumiał,
co przeżywa bohater powieści, ten chłopiec spod 18?”, pisałem.
Ewa odkurzała w moim pokoju. „Nie przeszkadzam?”, pytała co kilka
sekund. „Daj mi pięć herbat i święty spokój”, poprosiłem swoją
Gadajkę. „I nie zazdrość mi tego pisania. To też praca. Tak trudno
uchwycić słówka za twarz, ustawić w zdaniu”, wepchnąłem do szuflady
średniki. Dość mam kłopotów z kropką. „Znowu puścili ten smród z
huty. Zawsze puszczają, kiedy jest ciemno”, szeptała odkurzając mi
fotel. „Mógłbyś coś do nich napisać.” „Do kogo?” „Coś, żeby
przestali”, odkurzyła mnie mimochodem.
Cały dzień w Radiu, prawie, nad adaptacją Okna.
Pies Pućsamino zawsze wybierał najlepszą kiełbasę, pomyślałem
trochę o Bogu, a trochę o pani Janinie. Szczawiński wytłumaczył, jak
„prasuje się” powieść. Dał mi „dobre żelazko”. „Prasować” będę sam.
Odcinek za odcinkiem. Ciotka Hela przytentegowała kukuryku do
kapelusza. Określę też jej naturę w psychorysunku. A może
zagwizdam. Będzie mogła zgłupieć do końca.
Spacer po Katowicach. Wyprostować kości „po
prasowanku”. Nabiłem chmurę na kominiarza i rozwinąłem dachy.
Rozpiąłem też mózg, aby zobaczyć, „co w szarej masie?”. Za ostra
tęcza. Nawet przy zamkniętych powiekach. O Jezu, wpadłbym pod
tramwaj. Motorniczy pokazał mi coś brzydkiego. Nie zdążyłem mu
powiedzieć, że będę pisarzem. Po szynach biegał przebrany za
Eisengraebera diabeł. „Bądź człowiekiem, to ukradnę cię ludziom.”
A może przebrał się za Bergelową, tę nauczycielkę z podstawówy?
Mój wzrok taki kiepski. Tyle minusów z czarnymi fafołami. A tu
trzeba dużo widzieć, rozróżniać dobre od złego. Twarz ojca, maskę
matki zamknięte w szufladach.
Poszedłem na Mariacką, pod 18a. Co u córuchny? Czy
zaczęła wreszcie pracować? Czy dalej balanguje? Niestety, Ani nie
było. Wyszła przed chwilą do „Śruby”. Robi tam dzisiaj Sylwestra.
Pokłóciłem się tylko z żoną-nieżoną. Gdybym wiedział, że będzie w
mieszkaniu, to bym poszedł na jakiś wernisaż. Albo do biura ZPAP,
zapłacić składki.
A tak wróciłem do Ewy lekko zirytowany. Za parapetem
wieżowiec. Nieprzyjemnie stoi. Dlaczego nie jesteś przeźroczysty?,
zapytałem strupa. Nie odpowiedział z azbestu. Wykoślawił się tylko w
szybach z fałdkami. Popękasz jeszcze bardziej i wyjdą z wielkiej
płyty duże karaluchy, zacząłem czytać Petroniusza. Dla smaku. Byrona
dla słuchu. A Kafkę dla wszystkiego. Aż mi było dziwnie. Chciałbym
urodzić się z Ewy. Mieć dobrą matkę. Ale co z moimi dziećmi? Kto by
je zrobił?
Dzisiaj też w Radiu i też ze Szczawińskim. W jego
programie „Na żywo”. Zaczyna mnie lubić kierownik literacki. Długa
rozmowa przeplatana scenkami z Wśród krzywych luster.
Zmienił się Eisen na płycie podwórka. Wypłynął z garnituru czerwono.
Poznały go jednak diabły i wzięły, czytał pięknym basem Antoni
Gryzik, aktor Teatru Wyspiańskiego, gwiazda z męską głośnią. A ja
opowiadałem o dwóch przestrzeniach będących we mnie - o radosnej, w
której moje pisanie, mój debiut w „Regionach”, i o tej drugiej
przestrzeni, nadziei i goryczy, o malowaniu, którym nie potrafię
przebić się na Polskę, chociaż za granicą mnie zauważono. Kiedy
wyliczałem te miasta, poczułem na sobie jakąś dziwną skórę. Czyjś
płaszcz. Obejmował mnie mocno. Wspaniałe, obrzydliwe uczucie. Zawyło
mi w zębach aż do mikrofonu. „Nie chcę tego ubrania. Chcę być nagi
przed czytelnikiem. Z sercem na wierzchu. Jakie jest, takie jest.
Choćby było moszną. Chcę je pokazać bez balonikowania”, szarpałem
krawat, kołnierzyk. Przybiłaś to Ewuś do grdyki!? „Tylko nie
nakładajcie na moje gadu Coltrana. Wolę go bez siebie”, zerwałem
krawat z nitami.
W południe „prasowanko” Okna. Na biurku
rozpłaszczony dzielnicowy. Fu, fu po blasze czapki, fu, fu po
plecach z blachy i blaszanym tyłku. Fu, fu, masz w blachę blachą.
Będziesz upośledzony przez dziewięć minut. Taka będzie długość
każdego odcinka. Lecz jaka szerokość? „Zaraz zamkną ci pocztę i nie
odbierzesz poleconych. A w nocy będziesz się głowić od kogo”,
przerwała mi Ewa „fu, fu” ostrym głosikiem. Tak zaostrzonym, że
przerwie wszystko. No to zbiegliśmy do samochodu. Winda nie chciała
przyjechać. Przed pocztą kolejka jak za komuny. Ostatni dzień
płacenia świadczeń. Ale jak już stanąłem, to stałem do odebrania. Na
kopercie pełno nadruków „Konkurs...” „Konkurs...” „Boże, toż to z
konkursu Grochowiaka. Musiałem coś dostać, przecież był na
godło. Nie znaliby adresu”, szeptałem do Ewy. Wyróżnienie mam z całą
pewnością. A może!? Tak. Pierwsza nagroda. Zaklaskał Pegaz piórami.
I chyba trącił mnie skrzydłem. Bo wszystko mi się pomyliło. Nawet
ręka z nogą. Nie wiedziałem, jak iść i gdzie. „Czy jestem w
Katowicach czy w Sosnowcu?”, zapytałem ludzi w kolejce. Ktoś zaraz
mnie wyprowadził. Dobrze, że to była Ewunia.
Nowy tydzień i nowy ktoś. To ja? Zaraz walnąłem
wydawcę nagrodą, a po nagrodzie oczekiwaniem: „Wyda mi pan też
Wśród krzywych luster? Te miniatury powinny ukazać się z
Mariacką. Drugie wydanie, poszerzone.” Kiedy Morga wydzwaniał do
swojej księgowej, przesiadłem się powoli z fotela na fotel. Mam
kilka pomysłów na uzupełnienie historyjek. W każdej scence podkreślę
jedno zdanie. Istotę sceny. Odrabiał lekcje z nie narodzonymi
wnukami. Odpycham matkę na zawsze. Zamieniam dłoń na
nóż. Drugi pomysł z trzecim jeszcze zacieniony, ale puszczę tam
trochę światełka. Prosto z lampy. Jak na przesłuchaniu przez SB.
Znam te błyśnięcia z ulicy Kilińskiego. Widzisz więcej, niż widzisz.
Każdą scenkę. Co tam scenkę. Cały utwór. Tylko dopisać „koniec”. A
po końcu namalować początek. Kilku esbeków przed zgwałceniem Gosi.
Cieszy się siwy wał na różową pochwę.
Od wydawcy przeszedłem dwa pokoje do pani Kwiecień,
do „gabinetu krzywych luster”, prostować zdanie po zdaniu. Spadała
maska z maski. Ile tego? Przydałby się teraz ojciec, zaraz by
porachował. Nie musiałbyś liczyć. Wystarczy, żebyś był. Popstrykał
szelkami i gumą od spodni.
W domu też usiadłem wśród „luster” i też z dobrą
herbatą. Przysunęła się ciotka Donajska „Daj mi się napić.
Wyschłam w piachu na Donajskiego. Dwa patyki w ziarnkach”. Chyba
za dużo naładowałem do długopisu. Przez całą noc Zwierzak wymiotował
z balkonów, a Zwierzakowa przewracała po suficie jakieś przedmioty.
Co chwilę łomot i śmiech. Albo śmiech i łomot. Nad ranem się pobili.
Wyprysnęły z piórka kolorowe krople. Skąd ta czerwień? Purpurowy
blask z czarnymi brzegami? Mam w sobie wielką górę pragnienia i
lęku. Czy to, co teraz piszę, przedstawia jakąś wartość? Czy tylko
tamto, ten „gabinet luster”, pisany nieświadomie, tak do pieca,
wypsnął mi się z Łaski. A po nim to już nic nie zrobię? Muszę to
wiedzieć. Co z moim pragnieniem. Usłyszeć zdanie Wańka. Gdyby ten
polski intelektualista tak przypadkiem nie zauważył moich zapisków i
nie zachwycił się nimi, gdyby nie zaniósł ich do Mariana Pilota i do
Myśliwskiego, to... o Boże, zrobiła mi się dziura w myśleniu. O
Jezu, nie pamiętam, jak się nazywam. A jak mój ojciec się nazywał? A
dziadek, ten z Jutrosina!?, szeptałem w hałasach z góry.
Zwyczajny dzień. Ewuś wstała do pracy bardzo
niezadowolona. Ziewnęło się jej ostro i brzydko spojrzało. Czułem,
że mnie zaatakuje przy myciu zębów. Ja to mam przeczucia. „Czyś ty
zwariował? Mówić na antenie, że myślałeś...”, dźgnęła mnie swoją
szczoteczką, „że klaruje ci się schizofrenia, kiedy napisał do
ciebie Marian Pilot”, położyła sobie na głowie kubeczek. „Mówić w
radiu, że myślałeś, że masz psychozę czytając artykuł Leszka
Szarugi”, włożyła do kubeczka szczoteczkę. I wyjęła, i włożyła, i
wyjęła. W końcu nie wytrzymałem - i wyszedłem z łazienki. A ona
pojechała do swoich cukrzyków. Lecz pod wieczór też zaczęła mnie
gnębić. Tym razem Diabetologią. Położyła mi tę wielką
„moczówkę” na moim biurku. Przy moich karteluszkach. Obok mojej
szklanki. Na mojej łyżeczce. Ale i tak pisałem, z dużym i małym
ogniem. Spalić listowego, podpalić służącą. On krzyczy, a ona
śpiewa. Co za wokal. Po napisaniu partyturki zatelefonowałem do
Henryka. Bez niego czuję się w środowisku bardzo samotny. I w ogóle
samotny. Zbyszek wyjechał do Stanów, a Łuckosiowa umiera. Jakbym
stał na stromej podłodze.
Śnił mi się pusty sen. Wepchnąłem w niego Nic. A w
Nic nikogo. Po przebudzeniu skoczyłem z krzesła do łóżka. Tak na
pięć minut. Zanim Ewa zrobi śniadanko. Potem, to już będę prasował
teksty. Zgniotę matkę z ulicą. Weszła na
parapet i zrzuciła szlafrok.
Po południu wpadła do Ewy Pisiakowa. Na wargach
plota, a pod języczkiem ploteczka. Po czterech godzinach przyszedł
Pisiak. Zaprosił żonę do dzieci. „Jeszcze dzisiaj wpadnę i opowiem
ci, co u Pelikana”, obiecała Ewie wieczorny nalot. „Pelikan jedzie
kelnerować do Szwecji. Pan architekt. Zabiera też Waleriankowskiego.
Ten będzie zmywał. Drugi wykształcony”, gadała wychodząc.
Zakryłem gorszą służącą czarnym prześcieradłem, żeby odkryć Lepszą.
Kawał mięsa dla listowego. I dla mnie „Jedz powoli Jacusiu tutaj,
żebym...” Powinienem ją wspominać leżąc na plecach. Zawsze na
mnie siadała.
Zamiast nalotu Pisiakowej najazd Zagusów. Z parteru.
Przyjechali osobno windami. Zagusowa pijana z przyklejonym do butów
zacierem. „Co tak wasz dywan łapie?” A Zagus z połówką bimbru i
połową konfabulacji. Dzisiaj część wymysłów zostawił Pisiakowej.
„Chcę przestać pić, ale nie wiem, od kiedy”, zajęczał na rybami.
„Popijam, bo mnie denerwuje parlament”, wpadła mu ręka do Ewusi
akwarium. Wyrwał łapę na pokój z... ptaszory zamiast gupików.
Sprzątając trzepot z dywanu „prasowałem” w myślach matkę z
Eisengraeberem. Inaczej zobaczyłem ich śmierć. Będzie z tego
reklama. Za daleko pojechałeś w myśleniu, trzasnął mnie ojciec
skrzypcami. Lepiej napisz jakieś równanko. Dla ojca. Masę obiektów
na niewiadomych. Nieskończenie wiele. Żebym mógł rozwiązywać w
Niebieskim, uśmiechał się coraz groźniej.
Wlał się zachód do Wschodu. Stanął między szybami.
Czerwona tafla z czarną gołębicą. Uderz młotkiem w słońce, w ptaka,
podpowiadał ktoś podły. „Przejdź na drugą stronę.
Do matki, do nas”, wołał Eisengraeber. Przecież wychowaliśmy cię na
złego człowieka. A tobie podoba się jakaś z Kalkuty”. „Idź już”,
powiedziałem do Zagusowej. „Chcemy zjeść kolację. Bez was.” I tak
zostali. Mój mózg wsiąkał w zeszyt. Co za plama. Zobaczyłem Ziemię
zgniecioną na miazgę. Była płaska po dwóch talerzach. Bóg bardzo się
zdziwił, „skąd się wzięli tamci?”. Otworzył szeroko oczy i powiewał
wzrokiem.
Noc bez hałasu. Zwierzaki dostały coś od prokuratora.
Pismo z pięścią? Prosto w zęby? Przez tę wyobraźnię zapomniałem
nałożyć skarpety. Jak mój koleś psychiatra. Żyje z pacjentkami.
Kilka nerwic dla jednego celu.
Po południu „prasowanko” kolejnych odcinków.
Listonosz przestał kitować nam szyby i stał z kitem na palcu.
Patrzył jak urzeczony na wypięte pupsko lepszej służącej. Na ten
szew w spodniach, gdzie zaczyna się pochwa. Po „prasowanku”
dotknąłem piersi Ewuni. Miały już odpowiednią temperaturę. Mogłem
upiec ćwierć głowy. „Ugotować”, poprawiła mi Ewa tył czaszki. Jak
dobrze leżeć na wolnym ogniu, zasnąłem na ukochanej. „A komu to
potrzebne, te moje myśloły?”, zakrzyczał Jacek Durski. Nie byłem to
ja. Ktoś inny w śnieniu. Ja go tylko obserwowałem. „Komu potrzebne
jakieś scenki? Z mojego życia? Radość i rozpacz na paru linijkach.
Komu potrzebny chłopiec wycięty z pijanej macicy, wystrugany z
pijanego stołu?”, gadał do mnie ten drugi. Też otworzyłem
usta ze swoim. „Nie chce mi się tu mieszkać. Tu ani w Paryżu.
Położyłem paszport obok zagubionych kluczy. Tęsknię za
Wszechświatem, za ojcem. Chciałbym odejść stąd, umrzeć, a potem
urodzić się z Ewy. Blisko Oriona.” „Ty chcesz żyć tu”, przekrzyczał
mnie Durski we śnie. „Tylko dość masz Pisiakowej i Zagusowej.
Czekają, żebyś się pociął. Miałyby o czym w windach. Nie zrób im tej
przyjemności. Niech cierpią bez słówek. To ty o nich opowiedz w
kawałku prozy. O paniusiach z osiedlowego śmietnika, które widzą
krętymi szyjami.” Pospałem długo na słodkiej poduszce. Nie ruszała
się Ewuś pode mną. Lubi się poświęcać dla bliskich. Naraz straszny
furkot na naszym balkonie. Jakby wiele ptaków. To Zwierzak polał
wrzątkiem gołębia. Takie zimno w krtani i zimno w sercu. A w oczach
wszystko w czerwieniach. Nawet ten krzyżyk czarnosrebrny. Rodzinna
pamiątka z Powstania Styczniowego. Wyszarpałem coś z rzeźbiarskiego
pudła i na górę – mordować! Ale w drzwiach stanęła moja Ewuś i
podcięła mi nogi piłkarskim ślizgiem. Wjechała we mnie jak znany
obrońca. Wypadły jej z ust dwa „kocham” i trzy „kurwy”. Po takim
wstrząsie musiałem pisać. Matka pogrzebana kilometr pod ziemią, a
Eisengraeber głębiej. „Że też się do nich dokopał”, dziwili się
Donajscy. Biła mnie noc po rękach.
22 stycznia, piątek. Wstałem o czwartej rano, aby
trochę popisać w łazience. Pomalować na obu lustrach. Dzisiaj
wyjątkowy dzień. Jedziemy po „Grochowiaka”. Z takiej okazji muszę
czymś zaskoczyć Ewunię. Odkryłem ją w osiemdziesiątym szóstym,
kiedy Voyager dziesięć księżyców. Pora po tylu latach na jakąś
siurpryzę. „O, mój łeb nieforemny, łeb malarza i rzeźbiarza, pół
twarzy płaskiej, a pół wypukłej. W brodzie resztki kobiet i ćwierć
grzebyka”, napisałem po lustrach akrylowymi sprayami. „Zabazgrałeś
całą łazienkę?”, zdziwiła się „troszku” Ewunia. A powinna więcej.
„Zabazgrałeś, kiedy mam się robić na bóstwo?”, pokręciła piersiami
przed laureatem.
W drodze do Leszna. Co za szybkość. Wiózł nas Przemek
Otrych swoim sportowym samochodem. Nie było pojazdu, żeby nie minął.
Ewuś siedziała w tyle bardzo „zastrachana”. Co zakręt słyszałem jej
długi syk i cichy gulgot. Wąż z indyczką. Naraz zauważyłem, że nie
mam skarpetek. Jakbym jechał do dwóch prokuratorów. Dobrze, że Ewa
wzięła „zapasowe”. Wygrzebała z torby ze złością-czułością.
W Lesznie. Odebrałem I nagrodę w konkursie im.
Stanisława Grochowiaka. Wszyscy dziennikarze czytali, co napisałem.
A jeden powiedział: „To nie jest tekst. To jest wynalazek”. Potem
obiad wydany przez organizatorów konkursu. Wśród zaproszonych -
przewodniczący jury Mieczysław Orski. Dowiedziałem się od niego, że
już napisał w „Odrze” o „krzywych lustrach”. A ja tego nie czytałem.
Obiecał, że znajdzie ten miesięcznik i przyśle.
Wracając, przy drodze do Jutrosina zacząłem opowiadać
Przemkowi o moim dziadku i ojcu, o całej ojca rodzinie. O dobrych
jutrosiniakach. I dzielnych. Walczyli z caratem i bolszewikami.
Dziadek urodził się podobno na koniu i od razu z szablą. A ojciec...
Tylko nie przejaskrawiaj, zaciąłem się wyraźnie. I naraz usłyszałem
swój drugi głos - z radia. Nałożył się na pierwszy. Przemek
zatrzymał „szybkiego” i słuchałem siebie na tym białym polu z
oprószonymi śniegiem drzewami. Zgarnąłem ten widok. Nie oddam go po
śmierci. No, może podzielę się z Panem Bogiem. Niech ma ten
jutrosiński kościół z witrażami Mehoffera, a ja wezmę mostki nad
Orlą. Może Bóg też podzieli się ze mną jakimś wspomnieniem?
Już w Sosnowcu. Szarość po kolorach. Jakbym nie miał
duszy, tylko mózg. Źle mi tu! Gram w cymbergaja i odwiedzam
Łuckosiową. Tak mi jej żal. Jednak masz duszę, roześmiał się Anioł.
Dzisiaj w szpitalu, w myślach, uklęknąłem pod czarnymi chmurami,
żeby pomodlić się za Łuckosiową. O cud. Jeszcze nie tak dawno temu
pisałem w jej ogrodzie. Przemieniałem listki w słowa, a długopis w
promień. A ona uśmiechała się z radością, że może dać mi ten kawałek
ziemi do pracy i do wypoczynku. W tym czasie przyszła Maryla.
Karmiła matkę łyżeczką. Zerwałem się z kolan, ze środka duszy, ze
słonym jabłkiem w krtani.
Wieczór przed sztalugą. Od miesiąca nie stałem w tym
miejscu. „Już nie pisze?”, roześmiała się w przedpokoju Zagusowa.
„Już..?”, wlazła za Ewą do szafy. Włączyłem pudło z „Wiadomościami”,
tak mnie zdenerwował ten „Zagul”. A tu jacyś politycy wypluwają mi
gówno na pokój, rzeźbki z gówna, licząc, że zachwycę się ich
fekaliami. A ja ich w sraczkę. I co to w ogóle jest za państwo bez
Piłsudskiego? Bez Józepiły? Nawet nie można pospać przed
telewizorem. Za dużo czerwonych i czarnych. I jeszcze hałasują
Zwierzaki, ci na jedenastym. Tylko na trochę wystraszyli się
prokuratora. Ale już się nie boją. On wyje jak nienormalny. Jakieś
nowe zwierzę z budzikiem. A ona robi domki dla legwanów. Na handel z
Białorusią. Po zaśnięciu malowałem Gierka. Uległem żonie i
inwestorowi. Dla pieniędzy. Byłem dobrym mężem i ojcem. Ale zamiast
twarzy pusty kaganiec. Obudziła mnie Ewuś i zdjęła ze mnie krzesło.
Jak dobrze. Miałem twarz i tę świadomość, że nigdy nie oklaskiwałem
małych. Co za miłe uczucie. Można je przenosić z kartek na kartki.
Będąc dzieckiem przebiegłeś przez Główną Bramę. Nie obezwładnił
ciebie czarny Eisen, nie podporządkowały czerwone nauczycielki.
Nigdy nie byłeś niewolnikiem. To już coś, powiedział Anioł. Po tych
słowach poczułem, gdzie mam tętnice. Bieg krwi. Pędziła przed siebie
z niebieskim deszczem.
Niezły dzień. Mariusz Morga podpisał ze mną umowę na
wydanie Wśród krzywych luster, drugie poszerzone. Chciałbym
zrobić to poszerzenie w wirtualnym świecie. A Zarząd Radia przyłożył
pieczątkę do podpisu prezesa na osiemnaście odcinków. Tyle się „naprasowałem”.
Dymią od żelazka. Od twardej temperatury. Eisengraeber z
Eisengraeberem. Zło przy złu. Nawet nie powiedzieli sobie „dobry
wieczór”, chociaż tak blisko siebie. Wylazł z nich tylko spłaszczony
narrator i chodził plackiem. Nie leżał. Deptał po całym Radiu
przebrany za częstotliwość. Drgały herce w puszkach strażników.
Po przeżyciu spełnienia zawodowego staję się na kilka
godzin młodym mężczyzną. Mogę się dobrze kochać jak kiedyś z Aliną
czy też z obiema Gosiami. Dziś w nocy byłem czarnym lwem, a Ewa
białą sarną.
Przedwczoraj na antenie. Szczawiński przedstawił mnie
jako zwycięzcę konkursu. Słuchałem tego bardzo ach. Czułem, że
puchnę od środka. Było mi z tym dobrze, niedobrze. Opowiadając o
przygotowywanej do druku Mariackiej i o Mariackiej z lat
pięćdziesiątych, o tej ulicy prostytutek, zaproponowałem, żeby
postawić tym biednym kobietom pomnik, „jeszcze chyba takiego nie
ma”. Pan Maciej pokręcił szybko jedną ręką, a drugą jeszcze szybciej
podniósł do ucha. „Będą telefonować słuchacze”, odstawił pantomimę
przed mikrofonem. „Biedne prostytutki nie mają pomników, a tyle
prostytut stoi na cokołach”, wycofałem się z moimi planami. Na
języku „co można powiedzieć”.
I dalej. Widziałem się z Henrykiem Wańkiem.
Rozmawialiśmy w kawiarence BWA. Tak mi dobrze z nim. Siedzieć i
gadać. Opowiedziałem Henrykowi o swoim garbie z obrazów. Woziłem go
po różnych miastach, miasteczkach, w poznańskim, leszczyńskim. Nie
napiszę końcówki „iem”. Nie lubię czytać bełkotu. Ale powracając do
garbu z twórczości, obawiam się, że zaleje mi go ten z góry.
Zwierzak naprany. Albo Zwierzakowa. Jednak najwięcej to boję się
matki Ewy. Gdybym tak zginął z Ewusią, powiedzmy w wypadku
samochodowym, to ta stara napaliłaby „se” moimi wartościami w
mieszkaniu. I stałbym się złym duchem. A pragnę przeistoczyć się w
Dobro.
Dostałem od Marii Jentys „Sycynę”. Z Odjazdem.
To moja druga publikacja w tym piśmie. Wuj filozof chciał przybić
do szafy jednego ubeka, zobaczyć, jak gnije. Dostałem też od
Orskiego miesięcznik „Odra” z krótką recenzją Wśród krzywych
luster. Dwa lata temu grzebałem już swoje pragnienia. Powoli
umierałem. A teraz? Rzuca mną od biurka do biurka. Mam już trzy. Nie
poznaję siebie ani pokoju. Dobrze, że Ewę poznaję. „W tej garści
mózg”, zawołałem do wystraszonej kobiety. Przerwała siedzenie nad
Diabetologią i zaczęła telefonować.
Od dzisiaj mieszkam na Mariackiej. Przeprowadziłem
się do córki na dwa miesiące. Ewa pojechała do Warszawy robić
„dwójkę”, drugi stopień interny. Będzie przyjeżdżać na każdą
niedzielę. Znowu jestem pod „osiemnastką”. Na tej prostej ulicy do
kościoła. Nigdy nie mieszkali tutaj czerwoni. Płynęła czarno,
zielono od Dworcowej do kruchty. Usiadłem przy biurku, kiedyś moim,
wspominając kominiarza z lat...? Spadła mu na ulicę metalowa kula. A
za kulą miotełka. Wymienił wszystkie kurwy kończąc na „partyjnej”.
Po kominiarzu odgrzałem w pamięci klubową panienkę. Jedną z wielu w
naszej „twórczej” piwnicy. Lecz ciut inną. Raz tylko zjawiła się w
„Marchołcie”. Zabrałem ją czym prędzej do Galerii ZPAP, żeby nie
ubiegł mnie stary docent. Też lubił zadupić. Gadka o taszystach i
tak jakoś przy Pollocku przeszedłem przez jej mięśnie, wstyd i coś
innego. Była dziewicą. Wówczas nie potrafiłem tego docenić. Malarz
średnio pijany. Odstąpiłem ją Ścierskiemu za trzy bilety na
Grotowskiego. Jeden dałem Zydze, a drugi Zdzichowi. Zdzichu zamówił
„taxi” i pojechaliśmy w trójkę do Wrocławia na Akropolis. Po
wspominaniu rozłożyłem na biurku Okno. „Niech żyją
zmarli”, upiła się tranem ciotka Donajska.
Mam dobry pokój u córki, ogromny. Tylko, że piec
pękł dawno. Zimny kij w kominie. Rozsypały się nie wypalone słowa.
Przez kilka minut wzywała matka obie służące. Ale
one już u Donajskich. Gorsza u ciotki, a Lepsza u wuja. Zamiast
pięciu twarzy okropny śmiech.
Jak fajnie po przebudzeniu. Spojrzałem przez okno.
Jestem w Katowicach. Niedaleko „Książnicy” z panią Kwiecień.
Pracowaliśmy ostro. Wyskoczył mi z duszy
chłopczyk. Chce na podwórko, tam gdzie nie ma matki, zawiesić się na
trzepaku i dyndać. Dzisiaj oprócz pracy - pieniążki. Dostałem z
wydawnictwa pierwszą jedną trzecią i zrobiłem zaraz większe zakupy,
w garmażerii i w „mięsnych”. „Ale fajowo”, powiedziała Ania. „Nie
będę już patrzeć w pustą lodówkę. Nie mam stałej roboty, a żołądek
grucha co wieczór. A nawet jak mam, to wolę iść do >>Śruby<< niż
kupić jedzenie. Już taka jestem. Kocham piwo”. Spojrzałem na stare
puszki stojące pod ścianami, na blaszaną gąsienicę. Piękna, ale ile
w niej kurzu, a ile petów? „Narysujmy tę liszkę od środka”,
zaproponowałem córci inne zobaczenie pokoju. Aha. Kupiłem też
telefon komórkowy, żeby być z Ewą w kontakcie i poprosiłem Pana Boga
o zagęszczarkę do tekstów. Słuchał właśnie Pendereckiego, więc nie
wiem, czy usłyszał mój dzwonek „chcę dużo odrzucić” ze słonecznego
splotu. Wywalić niepotrzebne z mózgowia. Nazbierało się tego przez
wieki. A my tym piszemy. Większość dla statusu. Och, jak fajnie być
literatem. Gdzieś na wczasach, w jakichś zdrojach. „Pan pracuje czy
też z renty?”, pyta każda w tańcu. „Pisze pan książki? Podatkowe?”.
„Nie? To może takie z wierszami.” „Powieści!? O kurde. Poznałam
pisarza”, biegnie co druga do toalety poprawić makijaż, a co trzecia
do telefonu, zadzwonić do przyjaciółki „zgadnij kogo poznałam?”.
Najtrudniej z „co pierwszą”. W moim wieku. Za bardzo odszedłem od
siebie przez te baby z Ustronia. Nie wiem, co chciałem. Coś
odrzucać. Aha, to „nazbieranko” w myśleniu. Won z mojej głowy i z
kartek. Żegnaj umarły warsztacie. Pora wyrzucić trupa.
Zaczął się luty. W pokoju mróz. Wącham zimno. Ma
biały zapach, ale bez smaku. Wyskoczyłem z łóżka na trzeszczącą
podłogę powalczyć z cieniem pół rundy. Po szybkich „boksach” pod
zimny prysznic, brr – i do Łuckosiowej w szpitalu. Miała taki
strach w oczach. Przerażający, że jak o tym myślę, to nie mogę
oddychać. Pamiętam ją zdrową i taką serdeczną. Podaje mi ciasto do
pisanego tekstu. Uśmiech na szarlotce. Za szpitalnymi zasłonami
biała ściana, czarna przepaść. Gdzie ten ogród zielony, szczęśliwe
ławki i szczęśliwy stolik? Orzech przy orzechu płodzący sentencje?
Nie jedną zjadł ten żółw mądrala. Wiedział, kogo nadepnąć, a kogo
ofukać. Tylko mnie oszczędzał, bo to ja znalazłem idiotę. Zgubił się
w Polsce na drodze do wolności. Jak wszyscy. Cały naród gdzieś w
krzakach.
Wróciłem późno do Katowic, śnieżek sypał, zasypał. Po
tańcu z krzesłami, po gorącej herbacie usiadłem przy biurku. „Czy
prezydent Bierut pochodzi od małpy?, zaskoczyłem pytaniem
nauczycielkę. A ksiądz Dekiel?” Już chciała mi odpowiedzieć
„szczypawką” albo „ciągawką”, ale przeszkodził jej telefon z
Warszawy. Zatyrkała moja Ewunia. Ponoć bardzo się uczy, chociaż do
testu daleko. Zrobiło się cieplej w pokoju. Wyrwał się z duszy duch.
Błękitny z niebieskiej. Płonęła twarz w szybie. Ostrymi wstążkami.
Zobaczyłem Mariacką jako wstęgę Möbiusa. Było wesoło. Umarli wpadali
na żywych. Zjeżdżaliśmy czarnym chodnikiem na czarną chmurę. A potem
z czarnej na czarny. Tylko Eisengraeber narzekał. Musiał nalewać
z dołu. Mocno przekręciła się wstęga. Pędziłem po krzywych od
środka do środka. Mieszkania, meliny raz na zewnątrz, a raz wewnątrz
ulicy. Lecz kościół stał. Mariacki w Katowicach.
Wyrównałem przed spaniem mózg. Płaska góra. Nie
szkodzi. Ważny jest umysł. „Móździo” to tylko... Szukam tego słowa
od ośmiu lat. Nie napiszę przecież, że „śmietnik z klapą
świadomości”. Zawisła na piórze litera. Tak zasnąłem szukając.
Przesuwały się po Mariackiej niewypowiedziane do ojca zdania. Sunęły
ciągnięte, pchane, przez niewidzialną siłę. „Przestań tato udawać
ojca! Nie jesteś nim, bo pozwalasz, żeby Eisengraeber przypiekał
mnie pogrzebaczem. I co z tego, że matka też przypala Eisena? I że
go smażą służące, kiedy ma ślinotok. Ty nie. A ja tak bardzo bałem
się o ciebie podczas wizyty ubowców. I potem. Bałem się, że już nie
wrócisz. Krzyczała poduszka całą noc.” Po żalach z dzieciństwa
ujrzałem w śnieniu pretensje z młodości. „Znów mi przeszkodziłeś. Ja
teraz myślę”, mówiłem do ojca. „Nie obchodzą mnie twoje sekretarki.
Nie przedstawię im wyrzeźbionych Eisengraeberów. Teraz czytam Bogu
nie napisany wiersz”, obudziłem się z twarzą w kartkach. Nie lubię
ciebie, zawołało biurko pod papierami. Od tego dnia, kiedy zrobiłeś
ze mnie kawalet. Dopiero twoja córka złożyła mnie z powrotem. Ale po
to, żeby gdzieś stawiać buty. Nie cierpię was całym blatem.
Jeszcze pomroka, a ja już w Mariackim. Powitał mnie
zimną ciszą. Musiałem się gorąco pomodlić, ogrzać mury, ławkę i Pana
Boga. Po ociepleniu Najwyższego rozmawiałem z Nim o Tajemnicy. Nie
tak zaraz o wielkiej. O małej „Czy jesteśmy sami w kosmosie?”
Podczas niebieskich uników Ojciec Nasz przeobraził się w mojego ojca
Ignaca. Dalej wolisz paćki na płótnach od algebry logicznej?,
rozłożył ręce i złożył. Aha, teraz to piszesz. Ale co z matematyką?,
popstrykał szelkami. Nie wściekaj się ojcze tak bardzo. Jesteś w
moich myślach, a ja jestem w kościele. Nie mogę się z tobą kłócić,
wyszeptałem w mózgu do mózgu. Ojciec stał się z powrotem Bogiem. Też
mi zaszeptał w białej istocie. W wieży Mariackiego mieszka twój
Anioł stróż. Raz jest ptakiem, a raz powietrzem po ptaku. Możesz na
nim wszędzie polecieć.
I poleciałem do „moich”. Do Jacka i Kasi. Syna i
synowej. Opowiedziałem im o „Grochowiaku” i o tym głosie przez
radio. Jacek pokazał mi, jak obsługiwać komórkę. Patrząc na syna,
zastanawiałem się, co on do mnie czuje? Czy jestem mu bliski?
Bliższy niż matka? Czy kocha starego? Jacek jest mniej otwarty od
Ani. U niej zaraz widać i miłość, i nienawiść. „Zobacz”, wyciągnął
spod obrusu miesięcznik „Śląsk”. „Zobacz, masz tu swoją
Podstawówę, którą w zeszłym roku nagrodzili w Warszawie”,
otworzył pismo z radością. Jednak kocha, tąpnęło we mnie, pod
sercem. Tak mocno, że znalazłem się z powrotem na Mariackiej, przy
biurku. Znowu uderzyły fale o spód ulicy. Tak dawno nie czułem tych
tąpnięć. Tego drżenia podłogi, ścian. To miasto rozkołysane ziemią
kolebało mnie tak pięknie od dziecka. Ale teraz tąpnęło trochę za
mocno. Zaczął schodzić mi z nerki kamień. Urodziłem go rano z głową
na parapecie, z zębem w języku. Fruwały po ulicy anioły. Mój był w
kolorach tęczy.
Prosto z parapetu pojechałem do Łuckosiowej. Patrzy
tylko. Szuka w naszych oczach jakiejś nadziei. Przypomniałem sobie
ten zimny chłodnik pod wielkim orzechem. Zimny, a ciepło podany. I
te zdania z 52 scenki Wśród krzywych luster, o ogrodzie
Łuckosiów. ...dobrze byłoby umrzeć w tej cudownej zieleni. Odejść
bez bólu. A ona tak cierpi. Za co? Gdzie jest Bóg Pan? Myślałem,
że siedzi na wieży Mariackiego kościoła. A On siedzi wyżej.
Mieszkając w Katowicach, więcej myślę o Bogu. Że dobry. Nie, On
wcale taki nie jest, powiedział we mnie gniew. Obszedłem to zdanie z
daleka. Boję się tych słów, tego, co czuję. Stale mi się to śni. Nie
ma nocy bez zwidów. Palą się schody w Poznaniu. Płonie siostra
matki, moja chrzestna i jej pies, na którym zjechałem do schronu. Z
naczynia do naczynia przelewa się krwawy ogień.
Późno wieczorem wróciłem z Porąbki i zaraz do biurka.
Usprawiedliwić koszmarną Lucynkę. Po takiej młodości i tak coś
pięknego. Ja, na jej miejscu, to hodowałbym same toksyny albo słowa
Lenina. Usprawiedliwiałem siedząc w trzech swetrach, klaszcząc
co kwadransik. Nie z zachwytu nad tekstem, o nie, ale żeby się
ogrzać bisami. W nocy jeszcze zimniej. Pościel ziębi ciało. Lecz
dobrze mi u córki. Wokół taka Jasność. Światła z drucików mózgu czy
też z drutów Boga? A i Ewuś często telefonuje z Warszawy. Dzisiaj
usłyszała w stolicy o końcu świata. Nie wie, czy robić „dwójkę” czy
nie. „Może olać ten test i wracać?”, zastanawia się z koleżankami.
„Posiedź chociaż do piątku, może zapowiedzą, że nie będzie końca”,
gadamy przez komórkę jak bogata para.
Tak, dobrze mi w Katowicach, na tej ulicy Mariackiej,
pod 18a. Piszę spoglądając na rząd „nieparzystych” kamienic. Piękne
w oknach i dachach. To nie blokowiec w środku Zagłębia, wielki
koszmar z betonowej płyty, gdzie ludzie przestają być ludźmi. Tutaj,
na Śląsku, pracuję od rana wypełniając myślami zeszyt. Dotykam
palcami słów i słówek. Zaczynam nazywać Ciebie. Położyłem Twoją
duszę na moją. Pulsuje głośno w opuszkach. Do serca, od serca, w
każdym naczyniu. Jesteśmy za Dobrem i powinniśmy żyć dłużej od
wszystkich Zwierzaków. Znacznie dłużej. Co na to Bóg? Czy tylko Tam
potrafi być sprawiedliwy? Pytania obeszły wolniutko pokój i zasnęły
w drugim fotelu. Przykryłem je szarą oponą. Zapadła się podłoga i
odemknął sufit, a jakiś głos zapytał: „Co tak leżysz w powietrzu?”
Córuś wróciła ze „Śruby”. „Zrobię tobie śniadanie, a sobie kolację”,
zaśpiewała do piekarnika.
Jeszcze ciemność od okien. Zapaliłem lampkę i
usiadłem w powietrzu, najedzony, gorący „nie będę psuł tej chwili
zimną pościelą”. Za światłem cień z cieniem. W takich szarościach
dobrze rozmawia się ze zmarłymi.
Strząsnąłem z pleców Eisengraebera i wziąłem w ramiona matkę.
Posadziłem na kolanach ojca.” „On pisze powieść.” „O nas”,
roześmieli się w mroku. Poczułem ich miękkie brzuchy. Jak obiegły
dookoła ciała. „Zamiast starać się o zwrot mojego majątku, swojego,
tak jak mu radził Nymanek, to on pisze jak głupi”, roześmiała się
stara. „Mogę zrozumieć jego niechęć do tego, co twoje. Ale co z
matematyką?”, zsunął się ojciec z moich kolan. Prosto na
Eisengraebera. „Zabiję umarłego.”
Dzień w dzień w „Książnicy”. Uzupełniam Wśród
krzywych luster. Przepasany rzeką idę przeciwko diabelstwu.
Zaleje Orla czerwone. Pani Jadzia nie tylko mądra, ale i
serdeczna. Robi mi herbaty, a ja spokojnie pracuję. Ciepło. Podoba
mi się porządek na mojej Mariackiej. Dobrzy spacerują z
dobrymi słowami, a źli klęczą na twardych słówkach. Lubię ład we
Wszechświecie. Niebieski dla wuja
psychiatry, a czarny dla Eisena.
I dzień w dzień w Radiu z „wyprasowanymi tekstami”.
Parują z nich jeszcze ciała bohaterów.
Najmocniej garb wuja Donajskiego i piersi lepszej służącej. Place na
klatkach.
Lecz dzisiaj poszedłem do studia bez „prasowanek”. Od
razu na antenę, „na żywo”. Rozmowa o Mariackiej i o powieści
Mariacka. Szczawiński wypytywał o osobowość ulicy, tej z lat
pięćdziesiątych: „Miała na kościele Stalina?” Opowiadałem o tej
mojej uliczce przez pół godziny. O jej mieszkańcach, o ojcu. A
również o „dochodzących”, o zakonnicach i prostytutkach. Jak
przekrzykiwały się, wygwizdywały. Wspomniałem też o starych
wózkarzach. Marli na drobnym węglu. I o Pućsamino. Zastękał w Radiu
trzy razy. Otwierałem przed słuchaczami postać za postacią.
Po otwarciu pojechałem do pani Janiny. Chora poczuła
się naraz lepiej. Pytała o książkę i o Anię. Mariacka w
drukarni w walcach gładkich, a Anusia w „Śrubie” w walcu z gwintem.
Córka i ta powieść to moje trudne dzieci. Wydarły mi zdrówko z
serca. Lecz kocham je obie z wściekłością. Z synem nie miałem
ciężkich nocy. Dobry student, dobry nauczyciel. Kocham go inaczej.
Wieczorkiem do teatru. Seks pod publikę, na rurce
łóżka. Zakonnica pod wariatem bez Witkacego. Teatr nogami do góry.
Słuchając „co robią” przeglądałem tomik Wśród krzywych luster,
to pierwsze wydanie. Dopisuję na nim, poprawiam. Świetnie się kreśli
na gładkim papierze. Długopis sam zasuwa z trzema palcami. Można
pojechać daleko i oby wysoko. Sąsiad
ginekolog w swoim mieszkaniu. Widzi wyskrobane w firanach. Życie
przed życiem. Boi się tego po. A jak jest? A on tyle wyskrobał na
dom w górach i na mercedesa. Żona tylko na garaż.
[ czytaj
dalej -> ] |
|
|
|