|
WŚRÓD KRZYWYCH LUSTER
Otworzyłem drzwi. Za drzwiami drzwi
i znowu drzwi, i następne. Otwieram i otwieram z uporem. Aż ściana. Za
nią to, czego nie zrobię.
***
Biegnę z klubu do
pracowni-mieszkania. Podobno wuj Wicuś przysłał mi Talent. Obiecywał
przed śmiercią, że pogada z Bogiem. Widzę oczami wyobraźni listonoszy
— anioły. Stoją przy sztaludze z niebieskim prezentem. Przebiegam
Mariacką jak Foik. Wyrzuca serducho strumień energii. Jeszcze sześć
pięter i otrzymam Talent. Przewrócę stare i nowe. W pracowni moja
matka ze swoim Eisengraeberem. Siedzą w kolorowych skrawkach.
Zniszczyli mi wszystkie obrazy, a nawet sztalugę. Wszystko, co miałem
najdroższe. Nie wiem co robić z wściekłością. Wypycham Eisengraebera
przez otwarty lufcik do zasranych gołębi na zasrany dach. Najpierw łeb
z jedną ręką, potem drugą rękę z nogami. Pośliznął się Eisengraeber na
dachu i leci w głębokie podwórko. Przewróciło matkę ze zgrozy. Ukryła
twarz w kolorowych skrawkach. Nie chce widzieć i słyszeć.
Zmienił się Eisengraeber na płycie
podwórka. Wypłynął z garnituru czerwono. Poznały go jednak diabły i
wzięły. W przeciwnym razie pisałbym teraz w więzieniu.
***
Patrzę w lustro na Jacka Durskiego.
Łeb siwy z grubymi okularami wygląda starzej od reszty ciała. Myśli:
...może to życie jest tylko snem w
innym, większym życiu... może obudzę się z tego i będę w tamtym,
trwającym na przykład dziesięć tysięcy lat albo sto tysięcy, a tamto
też będzie snem w jeszcze dłuższym życiu — śnie i tak w
nieskończoność... będę budził się wśród innych dzieci i kobiet, z inną
pasją tworzenia, w świecie nowych kalendarzy, zegarów, z coraz
większymi problemami, z coraz większą nerwicą... Wyciągnąłem język na
brodę i myślę, aż latają w pokoju kolorowe świetliki.
...chcę mieć dzieci, jakie mam,
dobrą Bunię i najlepszą sztalugę. Nie chcę utracić najbliższych.
Umrzeć teraz. Pragnę oglądać ich długo, rozmawiać z nimi, dotykać...
Uderzyłem w lustro rzeźbiarskim
młotkiem.
***
Stoję przed czerwoną ścianą. Mają
mnie za moment rozstrzelać. Mnie i Gosię. Słyszymy szczęk broni. Gosia
przytula się do mojego prawego boku. Drży. Płacze, że właśnie dostała
okres.
— Zasłoń mnie — prosi.
— Jeśli dostaniesz przez moje ciało,
będziesz dłużej cierpieć, będą dobijać — nie wiem, czy to mówię, czy
tylko myślę.
— Zgnijecie w szambo — śmieją się z
tyłu esbecy. — Nie będzie rodzina wiedziała, co stało się z mężusiem,
tatusiem.
...niech strzelają nareszcie...
W potylicy wielkie czuwanie. Z
czerwonego sufitu ścieka strach. Zwracam się do zmarłego ojca, do
Boga, proszę o długie życie dla moich dzieci.
— Podpiszcie, to was nie
rozstrzelamy! — krzyczy major SB. Ma zęby wilka, a oczy jaszczurki.
— Przez was pracujemy i pracujemy.
— Nie podpiszę... nie chcę być
gorszy od ojca i stryjów. Dzielnych jutrosinian.
Gosia po wyjściu z aresztu popełniła
samobójstwo. Nie żyje też major-bandyta. Padł trupem przy mieleniu
kawy. Nie dokręcił do końca.
***
Unika mnie od roku sąsiad ginekolog.
Pokłócił się z żoną o jej koleżankę. O piękną sztukę. I o mój obrazek.
Leciały spod dachu różne przedmioty. Żony nie wyrzucił. Za ciężka dla
pijanego. Ale mój obraz wywalił. Jeszcze nie zapłacony. — Ja mam
patrzeć na takie mazy? — krzyczał z obu balkonów swojego M-5 z jednej
i z drugiej strony wieżowca. — Nie mogłaś to zamówić mojego portretu
albo łba konia. Nasz ordynator uwielbia koninę! — ryczał na całe
osiedle zaćmiony wódką i dwutlenkiem węgla. ...jeszcze stoliczek na
kółkach i te zegary: wiszący i stojący... i to wielkie ciało, którego
nie sposób obrócić — odrywał ręce żony od parapetu... to ciało, przy
którym musi kłaść się co noc... Spojrzał z wysiłkiem na pustą ścianę,
a ściana na niego. Zobaczył na gwoździu czteromiesięczny płód. A na
żyrandolu pięciomiesięczny. I kilka wyskrobanych w firanach. I zasnął
z krzykiem w ramionach żony. Po latach będzie chciał wejść z „Sio” do
władz Sosnowca. Ale nie wejdzie. Za bardzo dla czerwonych czerwony. Na
razie siedzi. Pod dużym gwoździem i wielką muchą. Zaprasza żonę do
okna. A obraz dalej nie zapłacony.
Klęczę przed ołtarzem kościoła
Mariackiego w Katowicach. Ciemnoczerwone pod kolanami, a przy twarzy
żółte. Za kilka minut będę coś deklamował. Strach ściska gardło. W
pierwszej ławce moja matka ze swoimi przyjaciółkami: Niusią i Lucynką.
Na ambonę gramoli się proboszcz-jubilat, podtrzymywany przez wikarego
i katechetkę Benignę. Nauczyła mnie, wywracając oczami, niejednego o
Bogu wierszyka. Zadzwonił telefon. Przede mną biurko. Przy biurku
sztaluga. Rozmawiam przez godzinę z Haliną. Ma kłopoty z córkami.
Rozsypała się scenka zupełnie. Odłożywszy słuchawkę składam nie
napisaną do kupy. Przypominam sobie, co zapomniałem. ...co robiła w
kościele niewierząca Lucynka? Aha, czekała na mój występ, udając, że
się modli, wielce podniecona, bo spojrzał na nią młody wikary. A
Niusia? Niusia, to grube cielsko, modliło się naprawdę o jeszcze jeden
złoty pierścionek, o jeszcze jedną złotą bransoletę i nowe kolczyki ze
złota. Nie chcę przypominać sobie matki, czy była w Mariackim na
rauszu, czy też zupełnie pijana. Zamiast niej wpakuje do scenki wuja
Wicka z Witnicy. A przede wszystkim wzmocnię ten szept Ukrzyżowanego:
— Przeżegnaj się za mnie, Durski, zamiast obrywać dzyndzle obrusu.
Zakrzyczę za drewnianą figurkę przerywając sobie deklamowanie. Zerwą
się wszyscy ze strachu, a potem rymną na kolana, na łokcie. Już leży
katechetka Benigna.
***
Pragnąłem wiedzieć, czy po śmierci istnieje życie.
Wszedłem do małego kościółka, tam gdzie podobno spacerują zmarli.
...żeby tylko wśród nich nie było mojej matki — pomyślałem wchodząc —
...nie chcę jej spotkać ani Tam, ani tutaj, nigdzie, nigdy...
chciałbym ojca, bardzo... Zobaczyłem przejmująco oświetloną równinę,
zielone błonie z czerwonym pasem na widnokręgu i dużo nieba z ptakami.
Po godzinie spotkałem wuja Wicka. A z nim ciotkę Zosię. Nie kulała już
jak dawniej z powodu żylaków. Szła lekko w przejmującej zieleni. —
Boisz się, bo nie wiesz — powiedział do mnie z uśmiechem — ale jak
miniesz czerwony pas i wejdziesz za widzialną przestrzeń, pod kopułę
Boga, przestaniesz się bać — głos jego potężniał, dobiegał z całej
równiny. Szedłem. Zaczęli pojawiać się inni zmarli. Przesunęła się
Agata. Niosła szczęście w papierowym kubku. Przemaszerował dziadek Blu.
Wyjął z czaszki dwa palce, a wsadził trzy. Kiedyś wypełniał tak dziurę
po sowieckiej szabli. Podeszła do mnie starsza kuzynka Iza.
Zagrzechotała grzechotką jak dziecku. I odeszła. Nieśli obrazy Dudzik
z Neubauerem. Namalowali Tutaj, czego nie namalowali w Katowicach,
czego wódka nie dała. Dudzik naszkicował też trzech milicjantów,
którzy go zabili. Pozna ich Bóg z pewnością. Wszedłem na czerwony pas.
Zobaczyłem ojca, a obok niego matkę. Czekają na mnie w niebieskiej
Przestrzeni.
WAŻNIEJSZE RECENZJE:
Wśród Krzywych luster
Twórczość 3/1999
Maria Jentys „Siedemdziesiąt siedem scenek”
Odra 1998/2
Mieczysław Orski W Oficynie
Arkusz 1998/3
Leszek Szaruga „Krzywe lustra snów”
Akant 2002/3
Stanisław Chyczyński „W krzywych lustrach i prostych metaforach”
Topos 2000/1
Krzysztof Kuczkowski „Durski i Durski” (też o Mariackiej)
|